Największe rozczarowanie sezonu

środa, 16 kwiecień 2008

Komu należy się ten zaszczytny tytuł w europejskiej piłce? Na pewno nie zespołom Derby County czy Levante, które w swoich ligach okupują co prawda ostatnie miejsca, ale to żadna sensacja. Chodzi mi raczej o zespoły, które osiągnęły znacznie mniej, niż wskazywałby na to ich potencjał. Oto mój subiektywny ranking.

Miejsce 5: Tottenham Hotspur

Londyńczycy zapracowali co prawda na opinię klubu, który z każdego wybitnego gracza może zrobić przeciętniaka, ale tym razem miało być inaczej. Mieli w końcu naprawdę skutecznego napastnika (Berbatova), a także reprezentantów Anglii (fakt, że ten tytuł się trochę zdewaluował w ostatnim czasie, ale ciągle to nie byle co): Ledleya Kinga, Jermaina Jenasa, Aarona Lennona czy Darrena Benta. Do tego wypada dodać super zdolnego Walijczyka Garetha Bale’a. Ale przede wszystkim mieli w końcu trenera z prawdziwego zdarzenia – Juande Ramosa, który przyszedł pod koniec października z Sevilli, po zdobyciu z nią dwa razy Pucharu UEFA i zakwalifikowaniu się do Ligi Mistrzów. Tego właśnie oczekiwano, a przynajmniej zbliżenia się do „wielkiej czwórki”. Na razie jest 11 miejsce w tabeli i 27 punktów straty do czwartego Liverpoolu. Ale za rok w Pucharze UEFA znowu zagrają, udało im się jednak coś wygrać – Puchar Ligi. Mają też na koncie najlepszy mecz sezonu w Anglii: 4-4 z Chelsea. Trochę to jednak za mało jak na możliwości.

Miejsce 4: AC Milan

Zwycięzca Ligi mistrzów z ostatniego sezonu nie obroni trofeum, a może nawet nie zagrać w następnej edycji. O mistrzostwie kraju nie ma mowy już od dawna, jest walka o czwarte miejsce. W lidze grają przez cały sezon średnio lub słabo, do liderującego Interu tracą na pięć kolejek przed końcem 23 punkty. Zdarzało im się przegrać u siebie z takimi potęgami jak Empoli czy Atalanta, a z 16 rozegranych do tej pory meczów w roli gospodarza, wygrali raptem 5, 7 razy remisując i 4 razy przegrywając. Pierwsze zwycięstwo u siebie odnieśli dopiero w dziewiątym meczu! Właściwie tylko dzięki słabości Serie A wciąż mają szanse na grę w LM. Przyjęło się uważać, że Milan specjalnie ignoruje rozgrywki krajowe, aby skupić się na olśniewaniu Europy. Nie tym razem. Wygrać grupę, w której były jeszcze Benfica, Celtic i Szachtar Donieck to raczej obowiązek niż sukces. Na pierwszej poważnej przeszkodzie, Arsenalu, już się przewrócili. Czy upadłe gwiazdy Shevchenki i Ronaldinho przywrócą blask rossonerim? Wcale niewykluczone, ale ten sezon, nawet jeśli uda się awansować do Ligi Mistrzów, to dla AC Milan porażka.

Miejsce 3: FC Barcelona

Gwiazdozbiór, jakiego piłkarski świat dawno nie widział, „fantastyczna czwórka”, brak słabych ogniw, drużyna skazana na sukces w Hiszpanii i w Europie. Co prawda w Europie jeszcze mają szansę na zwycięstwo, za tydzień pierwszy półfinał LM z Manchesterem, ale to że się tam znaleźli, to raczej kwestia sporego fuksa w losowaniu, niż wybornej formy. W grupie mieli tylko jednego silnego rywala – Lyon, a oprócz tego Stuttgart i Glasgow Rangers, więc skandalem byłoby z takiej grupy nie wyjść. Udało się ją nawet przekonująco wygrać, dzięki czemu mieli większe szanse na wylosowania słabszego rywala w fazie pucharowej. Żaden z półfinalistów nie miał tak łatwej drogi do najlepszej czwórki. W lidze od razu odskoczył Real, ale było tylko kwestią czasu, kiedy zacznie gubić punkty. I gubił na potęgę, ale Barca gubiła ich jeszcze więcej. Nazwiska nie grały, tylko Eto’o i Messi prezentowali się na miarę swoich możliwości. Mimo drugiego miejsca (jak na razie) w lidze i ciągle szans na wygranie Ligi Mistrzów jednak przepaść między oczekiwaniami i potencjałem a rzeczywistością. Nawet to, co było wyróżnikiem Barcelony czyli efektowna gra, niezależnie od wyniku, w tym sezonie nie działa.

Miejsce 2: Paris Saint Germain

Być może nikt nie oczekiwał, że drużyna ze stolicy będzie walczyć o tytuł, ale to, że na pięć kolejek przed końcem będzie się znajdować na miejscu spadkowym, to jednak sensacja. Trzeba pamiętać, że grają tam przecież tacy piłkarze jak Pedro Pauleta, w poprzednim sezonie król strzelców ligi francuskiej, czy Jerome Rothen, dawny król asyst, który czarował w Lidze Mistrzów w barwach Monaco. Bernard Mendy (zaliczył 2 występy w reprezentacji Francji), czy Mario Yepes to może nie klasa światowa, ale porządni obrońcy, bramkarz Mickael Landreau to solidna firma (też grał już w reprezentacji Trójkolorowych). Trenera również mają nie byle jakiego, bo twórcę potęgi Lyonu, Paula Le Guena. Ta drużyna powinna bić się o europejskie puchary. Tymczasem zdobywa średnio 0.94 punku na mecz u siebie i 1.19 na wyjeździe. W 35 meczach tylko 30 strzelonych goli i 38 straconych. Do trzeciego miejsca, dającego prawo gry w eliminacjach do Ligi Mistrzów tracą 20 punktów. A to jeden z najbogatszych klubów w Ligue 1.

And the „winner” is… Valencia

Na początku sezonu nic nie zapowiadało katastrofy. Zespół prowadzony jeszcze przez Quique Sancheza Floresa zakwalifikował się do Ligi Mistrzów, po fatalnym pierwszym meczu sezonu (porażka z Villarrealem u siebie 0-3), wygrał kolejnych pięć potyczek w Primera Division. W LM w grupie była Chelsea, z którą mogli powalczyć, a oprócz Londyńczyków Schalke i Rosenborg, więc rywale absolutnie w zasięgu. Po koniec października zdarzyła się seria bolesnych porażek: z Sevillą 0-3 (na wyjeździe) i z Realem 1-5 (u siebie!) w lidze oraz z Rosenborgiem w LM. Wszystko to w tydzień i trener stracił pracę. Nowym szkoleniowcem został Ronald Koeman i miało być już tylko lepiej. Niestety dla sympatyków Valencii okazało się, że lepiej już było. Zespół w kompromitujący sposób odpadł z Ligi Mistrzów, zajmując ostatnie miejsce w grupie i tym samym żegnając się w ogóle w tym sezonie z europejskimi pucharami. W Primera Division początek Koemana był nawet niezły: zwycięstwa nad Mallorcą i Murcią, ale potem zaczął się zjazd po równi pochyłej, który jak na razie zakończył się na 16 miejscu w tabeli na pięć kolejek przed końcem. Zespół jest rozbity, kluczowi do niedawna zawodnicy (Canizares, Angulo) odsunięci od składu. Jedynym chyba powodem, dla którego Koeamn jeszcze pracuje, jest krótki zryw, na jaki zdobył się zespół w marcu pokonując w lidze Real w Madrycie i w półfinale Pucharu Króla Barcelonę. Finał pucharu krajowego to jedyna szansa na udział w Pucharze UEFA w przyszłym sezonie. Spadek do drugiej ligi to mimo wszystko chyba zbyt czarny scenariusz, mają 5 punktów przewagi nad 18. w tym momencie Saragossą. Walki nie o takie cele można było oczekiwać od Valencii. To moim zdaniem najbardziej bolesny upadek w tym sezonie.


Alavés – bohaterowie Pucharu UEFA sprzed lat

sobota, 12 kwiecień 2008

Czwartkowy ćwierćfinał Pucharu UEFA zainspirował mnie, żeby przypomnieć inny, chyba najbardziej spektakularny wyczyn w dziejach tego pucharu. Był on dziełem hiszpańskiej drużyny – Alavés (dokładniej: Deportivo Alavés Vitoria) w sezonie 2000/01. Ten mały baskijski klub w swoim debiucie w europejskich pucharach doszedł aż do finału. Ale zanim o finale, warto przyglądnąć się, co było przedtem.

Już w pierwszej rundzie pokazali, że będzie ciekawie, bo po remisie u siebie 0-0, w rewanżu wygrali z tureckim Gaziantepsporem 4-3. W drugiej rundzie trafili na norweskie Lillestrøm i znów zwycięstwo na wyjeździe 3-1, potem remis u siebie 2-2. W trzeciej rundzie ponownie rywal z Norwegii, ale znacznie mocniejszy – Rosenborg. Potwierdzili po raz kolejny, że lepiej grają na obcych stadionach, bo w pierwszym meczu u siebie zanotowali nienajlepszy wynik 1-1, ale odbili się w rewanżu, zwyciężając w Trondheim 3-1. Prawdziwa jazda zaczęła się jednak w czwartej rundzie, kiedy trafił się przeciwnik z najwyższej półki – Inter. Pierwszy mecz odbył się w Vitorii. Wydawało się, że wynik 3-3 to już maksimum ich możliwości i w Mediolanie dostaną srogie lanie. Nic bardziej błędnego – na San Siro wygrali 2-0.

Złośliwy lub łaskawy los zetknął ze sobą w ćwierćfinale dwie rewelacje tych rozgrywek: Alavés oraz inny hiszpański wynalazek, Rayo Vallecano (jest parę ciekawych, a niezbyt znanych klubów, postaram się niedługo popełnić jakiś tekst na ich temat). Wynik rywalizacji rozstrzygnął się już w pierwszym meczu, kibicie Alavés doczekali się w końcu zwycięstwa na swoim stadionie i to 3-0. W rewanżu porażka 2-1, ale pewny awans do półfinału. Tam trzeba przyznać mieli szczęście w losowaniu, bo faworyci, Barcelona i Liverpool trafili na siebie, im trafiło się Kaiserslautern (wtedy jeszcze licząca się drużyna). Na tym poziomie rozgrywek takie numery się nie zdarzają. A jednak – Alavés w dwumeczu pokonało Niemców 9-2!!! U siebie 5-1, na wyjeździe 4-1!

I w końcu finał, który okazał się absolutnie niezwykłym widowiskiem. Do dziś nie mogę odżałować, że po tym, jak Liverpool szybko wbił im dwie bramki, stwierdziłem, że jest po zabawie i przestałem oglądać. Jak bardzo się myliłem możecie zobaczyć sami:

Po takim meczu obie drużyny powinny dostać ten puchar. Nawet nie chcę myśleć, jak musiał się czuć obrońca Delfi Gelí, autor tego samobója 5 minut przed końcem dogrywki. Wtedy jeszcze obowiązywała zasada „złotego gola”, więc był to automatycznie koniec meczu. To chyba najsmutniejszy złoty gol w historii. Ciekawe, czy zwróciliście uwagę na filmiku, kto grał w Alavés z numerem drugim? Wygląda na to, że obecność tego gracza jest gwarantem niezapomnianych emocji ;-) Tak jak całkiem po ludzku było mi szkoda Getafe, tak samo mi szkoda, że to jednak nie Alavés wygrało. Finał Pucharu UEFA to największy sukces w dziejach klubu. Dziś broni się przed spadkiem do trzeciej ligi.


Mecz sezonu, ale bez happy endu. Getafe remisuje z Bayernem 3-3

piątek, 11 kwiecień 2008

Wśród wielu dowcipów o Chucku Norrisie był też taki, jak to słynny twardziel pokonał Michaela Jordana w grze 1 na 1. Grając w butach narciarskich i z kebabem w ręku. I mniej więcej z taką skalą trudności mieli wczoraj do czynienia gracze Getafe, którzy jednak Chuckiem Norrisem nie są. Nawet grając w pełnym składzie ich zadanie wydawało się mission impossible, więc kiedy sędzia pokazał czerwoną kartkę ich zawodnikowi już w 6. minucie, przyznaję uczciwie, pomyślałem że po meczu.

I moje szczęście, że zostałem przed odbiornikiem, kto nie widział – niech żałuje, bo ominął go najbardziej emocjonujący spektakl w tym sezonie. Żadna tam obrona Częstochowy, zamiast bardziej bezpiecznego wariantu, czyli zdjęcia napastnika i wprowadzenia obrońcy (bo kartkę dostał obrońca) żeby bronić dającego im awans 0-0, trener gospodarzy Michael Laudrup postanowił po prostu zignorować fakt, że grają w osłabieniu. I choć trudno w to uwierzyć, tak to wyglądało. Gdyby ktoś włączył mecz po incydencie z wykluczeniem piłkarza gospodarzy, nie zorientowałby się, że grają oni w dziesięciu. A naprzeciw nich Bayern, który w tym składzie mógłby grać o półfinał, ale Ligi Mistrzów.

Żeby sprawa była jeszcze bardziej beznadziejna, po 20 minutach kontuzji doznał szybki Ikechukwu Uche (przyszedł przed sezonem z Recreativo). I na przekór wszystkiemu Getafe strzela gola (znowu „rumuński internacjonał” Contra), nie pozwalając na to samo groźnemu rywalowi. Co więcej, sami stwarzają okazje do podwyższenia rezultatu.

Cóż to byłaby za wspaniała historia, gdyby im się udało dotrwać do końca. Nie udało się, ale dopiero w tym momencie nastąpiła najbardziej niesamowita część wieczoru. Getafe po golu straconym w przedostatniej minucie wydawało się przegrane, piłkarzy łapały skurcze ze zmęczenia, dogrywka miała być już tylko egzekucją. Nie wiem co im trener Laudrup powiedział, jakich czarów użył, ale to jego drużyna w pierwszych trzech minutach dogrywki trafiła dwa razy. Bayern wydawał się znokautowany i nacierał jakoś tak bez przekonania.

Było już tak pięknie, aż tu nagle… katastrofa. Największa gwiazda Getafe, jeśli można tak powiedzieć, bramkarz Roberto Abbondanzierri, zwycięzca nagrody dla najlepszego bramkarza Primera Division (Trofeo Zamora) w sezonie 2006/07, reprezentant Argentyny, (bronił na mundialu w Niemczech), taki pewniak pięć minut przed końcem podarował gola Toniemu z Bayernu. A Bayern uwierzył. Kiedy w ostatniej minucie dogrywki padła bramka (znowu po błędzie bramkarza) poczułem jakby to mnie osobiście ktoś kopnął w brzuch. Getafe i tak osiągnęło w Europie więcej niż ktokolwiek się spodziewał. Gloria victis!


Pochwała rzemiosła

piątek, 4 kwiecień 2008

Po środowych ćwierćfinałach Ligi Mistrzów i po wczorajszych meczach Pucharu EUFA nurtuje mnie pewna wątpliwość. Czy to możliwe, żeby pewne zespoły były bardziej predestynowane do rywalizacji w systemie pucharowym niż inne? Oczywiście nie chodzi mi o to że jedne są lepsze od drugich ;-) tylko o to, że ich osiągnięcia w pucharach są nieporównanie lepsze niż w lidze. Liverpool i Getafe, bo o tych zespołach będzie mowa, zdają się znać jakiś sekret, niedostępny innym zespołom. Rezultaty osiągnięte przez te zespoły (1-1 na wyjazdach) nie gwarantują im przejścia do następnej rundy, ale pokazują że trzeba się z nimi liczyć. Szczególnie zdziwił się chyba Bayern, kiedy w 90 minucie padła wyrównująca bramka, z resztą wyjątkowej urody:

Dla obu zespołów to nie jest pierwszy raz, Liverpool osiągnął dwa finały LM w ostatnich trzech latach, dla prowincjonalnego klubu z przedmieść Madrytu ósemka Pucharu UEFA to największy jak dotąd sukces. Poza tym już drugi sezon z rzędu zagrają w finale Pucharu Hiszpanii. W ubiegłym roku w półfinale przegrali z Barceloną na Camp Nou 5-2 i sprawa wydawała się przesądzona. Tymczasem rewanż był w ich wykonaniu niesamowity: zwycięstwo 4-0 i awans do finału, w którym ostatecznie przegrali z Sevillą. Ale dzięki temu, że Sevilla zajęła miejsce dające prawo gry w LM, występują w Pucharze UEFA. W tym sezonie w finale zagrają z Valencią i jeśli chcą znów pokazać się w Europie, muszą wygrać (podobnie jak słabo grająca w lidze Valencia). A jeszcze pięć lat temu grali w drugiej lidze.

Getafe z konieczności, Liverpool z wyboru ma do dyspozycji piłkarzy, którzy nie są wielkimi gwiazdami (z dwoma wyjątkami: Gerrarda i Torresa). Może tacy gracze są bardziej zmobilizowani, żeby zabłysnąć właśnie kiedy patrzy na nich więcej oczu niż zwykle? Może to właśnie solidne rzemiosło, a nie bardziej podatne na wzloty i upadki gwiazdozbiór daje większą szansę na sukces? Jeśli to byłaby prawda, to dlaczego idzie im tak kiepsko w lidze? Więc może zwykłe szczęście? Lepsza dyspozycja dnia, gorszy dzień rywali? Szczególna taktyka? Nie wiem. W każdym sezonie zdarza się tak, że wysoko dochodzi jakaś drużyna bardziej „rzemieślnicza” niż „artystyczna”, pozbawiona wielkich gwiazd (lub w ogóle gwiazd, taki np. Zenit St. Petersburg – już praktycznie półfinalista pucharu UEFA) i wypada się tylko z tego cieszyć, dzięki temu jest po prostu ciekawiej.