Czas na półfinały

wtorek, 22 kwiecień 2008

Jeśli prawdą jest, że lepiej nie łączyć rywalizacji na szczeblu krajowym z europejskimi pucharami, to Barcelona jest po weekendzie o krok bliżej wygrania Ligi Mistrzów niż Manchester i Chelsea. Liverpool czai się już tylko na to trofeum i liga angielska go nie interesuje, więc pozycja drużyny z Anfield wydaje się niezmiennie dobra. Tydzień temu wydawało się, że już wszystko wiadomo, ManU mistrzem, Chelsea wice i można spokojnie koncentrować się na półfinałach LM. A tymczasem nie walczące już kompletnie o nic Blackburn postanowiło napsuć krwi faworytowi z Manchesteru, który ledwo uratował punkt w ostatnich minutach. I wcale Aleks Ferguson nie wystawił rezerwowego składu, wręcz przeciwnie, zagrali Ci, którzy prawdopodobnie zameldują się w pierwszej jedenastce we środę na Camp Nou (przynajmniej większość).

W ogóle sytuacja jest paradoksalna. O najważniejsze trofeum w klubowej piłce biją się cztery drużyny, spośród których trzy mają poważne kłopoty. W Chelsea wrze od odejścia Mourinho, Liverpool ma kłopot z władzami. O Barcelonie pisze się ostatnio wyłącznie w kontekście kolejnych rozczarowań i rozpadu drużyny. Patrząc z tej perspektywy, murowanym faworytem powinien być Manchester, istna oaza spokoju w tym towarzystwie. I byłby, gdyby nie Blackburn. Jakże wspaniale musi smakować zwycięstwo w lidze wyszarpane z największym trudem, w ostatniej chwili, kiedy wydawało się to już niemożliwe. Zawodnicy Chelsea właśnie poczuli jego obietnicę, faworyt się potknął, pościg przyspieszył, rozpoczęło się polowanie. Zamiast na jednym, obie drużyny walczą znowu na dwóch frontach.

Z tego zestawienia wynikałoby, że stosunkowo najmniej problemów ma Liverpool. Być może. Ale wszystkie analizy, łącznie z tą, będą bez znaczenia w momencie kiedy zacznie się wtorkowy i środowy mecz. Każda z czterech drużyn ma potencjał żeby wygrać. Nie wierzę w brak motywacji. Tak się tworzy historię (który piłkarz o tym nie marzy?) i załatwia lepsze kontrakty (jak wyżej). Kiedy będą już znane wyniki pojawią się głosy, że tak właśnie musiało być, bo przecież XYZ. Ale najlepszy czas jest właśnie teraz, kiedy tego nie wiemy. Przyjemnego oglądania!


Największe rozczarowanie sezonu

środa, 16 kwiecień 2008

Komu należy się ten zaszczytny tytuł w europejskiej piłce? Na pewno nie zespołom Derby County czy Levante, które w swoich ligach okupują co prawda ostatnie miejsca, ale to żadna sensacja. Chodzi mi raczej o zespoły, które osiągnęły znacznie mniej, niż wskazywałby na to ich potencjał. Oto mój subiektywny ranking.

Miejsce 5: Tottenham Hotspur

Londyńczycy zapracowali co prawda na opinię klubu, który z każdego wybitnego gracza może zrobić przeciętniaka, ale tym razem miało być inaczej. Mieli w końcu naprawdę skutecznego napastnika (Berbatova), a także reprezentantów Anglii (fakt, że ten tytuł się trochę zdewaluował w ostatnim czasie, ale ciągle to nie byle co): Ledleya Kinga, Jermaina Jenasa, Aarona Lennona czy Darrena Benta. Do tego wypada dodać super zdolnego Walijczyka Garetha Bale’a. Ale przede wszystkim mieli w końcu trenera z prawdziwego zdarzenia – Juande Ramosa, który przyszedł pod koniec października z Sevilli, po zdobyciu z nią dwa razy Pucharu UEFA i zakwalifikowaniu się do Ligi Mistrzów. Tego właśnie oczekiwano, a przynajmniej zbliżenia się do „wielkiej czwórki”. Na razie jest 11 miejsce w tabeli i 27 punktów straty do czwartego Liverpoolu. Ale za rok w Pucharze UEFA znowu zagrają, udało im się jednak coś wygrać – Puchar Ligi. Mają też na koncie najlepszy mecz sezonu w Anglii: 4-4 z Chelsea. Trochę to jednak za mało jak na możliwości.

Miejsce 4: AC Milan

Zwycięzca Ligi mistrzów z ostatniego sezonu nie obroni trofeum, a może nawet nie zagrać w następnej edycji. O mistrzostwie kraju nie ma mowy już od dawna, jest walka o czwarte miejsce. W lidze grają przez cały sezon średnio lub słabo, do liderującego Interu tracą na pięć kolejek przed końcem 23 punkty. Zdarzało im się przegrać u siebie z takimi potęgami jak Empoli czy Atalanta, a z 16 rozegranych do tej pory meczów w roli gospodarza, wygrali raptem 5, 7 razy remisując i 4 razy przegrywając. Pierwsze zwycięstwo u siebie odnieśli dopiero w dziewiątym meczu! Właściwie tylko dzięki słabości Serie A wciąż mają szanse na grę w LM. Przyjęło się uważać, że Milan specjalnie ignoruje rozgrywki krajowe, aby skupić się na olśniewaniu Europy. Nie tym razem. Wygrać grupę, w której były jeszcze Benfica, Celtic i Szachtar Donieck to raczej obowiązek niż sukces. Na pierwszej poważnej przeszkodzie, Arsenalu, już się przewrócili. Czy upadłe gwiazdy Shevchenki i Ronaldinho przywrócą blask rossonerim? Wcale niewykluczone, ale ten sezon, nawet jeśli uda się awansować do Ligi Mistrzów, to dla AC Milan porażka.

Miejsce 3: FC Barcelona

Gwiazdozbiór, jakiego piłkarski świat dawno nie widział, „fantastyczna czwórka”, brak słabych ogniw, drużyna skazana na sukces w Hiszpanii i w Europie. Co prawda w Europie jeszcze mają szansę na zwycięstwo, za tydzień pierwszy półfinał LM z Manchesterem, ale to że się tam znaleźli, to raczej kwestia sporego fuksa w losowaniu, niż wybornej formy. W grupie mieli tylko jednego silnego rywala – Lyon, a oprócz tego Stuttgart i Glasgow Rangers, więc skandalem byłoby z takiej grupy nie wyjść. Udało się ją nawet przekonująco wygrać, dzięki czemu mieli większe szanse na wylosowania słabszego rywala w fazie pucharowej. Żaden z półfinalistów nie miał tak łatwej drogi do najlepszej czwórki. W lidze od razu odskoczył Real, ale było tylko kwestią czasu, kiedy zacznie gubić punkty. I gubił na potęgę, ale Barca gubiła ich jeszcze więcej. Nazwiska nie grały, tylko Eto’o i Messi prezentowali się na miarę swoich możliwości. Mimo drugiego miejsca (jak na razie) w lidze i ciągle szans na wygranie Ligi Mistrzów jednak przepaść między oczekiwaniami i potencjałem a rzeczywistością. Nawet to, co było wyróżnikiem Barcelony czyli efektowna gra, niezależnie od wyniku, w tym sezonie nie działa.

Miejsce 2: Paris Saint Germain

Być może nikt nie oczekiwał, że drużyna ze stolicy będzie walczyć o tytuł, ale to, że na pięć kolejek przed końcem będzie się znajdować na miejscu spadkowym, to jednak sensacja. Trzeba pamiętać, że grają tam przecież tacy piłkarze jak Pedro Pauleta, w poprzednim sezonie król strzelców ligi francuskiej, czy Jerome Rothen, dawny król asyst, który czarował w Lidze Mistrzów w barwach Monaco. Bernard Mendy (zaliczył 2 występy w reprezentacji Francji), czy Mario Yepes to może nie klasa światowa, ale porządni obrońcy, bramkarz Mickael Landreau to solidna firma (też grał już w reprezentacji Trójkolorowych). Trenera również mają nie byle jakiego, bo twórcę potęgi Lyonu, Paula Le Guena. Ta drużyna powinna bić się o europejskie puchary. Tymczasem zdobywa średnio 0.94 punku na mecz u siebie i 1.19 na wyjeździe. W 35 meczach tylko 30 strzelonych goli i 38 straconych. Do trzeciego miejsca, dającego prawo gry w eliminacjach do Ligi Mistrzów tracą 20 punktów. A to jeden z najbogatszych klubów w Ligue 1.

And the „winner” is… Valencia

Na początku sezonu nic nie zapowiadało katastrofy. Zespół prowadzony jeszcze przez Quique Sancheza Floresa zakwalifikował się do Ligi Mistrzów, po fatalnym pierwszym meczu sezonu (porażka z Villarrealem u siebie 0-3), wygrał kolejnych pięć potyczek w Primera Division. W LM w grupie była Chelsea, z którą mogli powalczyć, a oprócz Londyńczyków Schalke i Rosenborg, więc rywale absolutnie w zasięgu. Po koniec października zdarzyła się seria bolesnych porażek: z Sevillą 0-3 (na wyjeździe) i z Realem 1-5 (u siebie!) w lidze oraz z Rosenborgiem w LM. Wszystko to w tydzień i trener stracił pracę. Nowym szkoleniowcem został Ronald Koeman i miało być już tylko lepiej. Niestety dla sympatyków Valencii okazało się, że lepiej już było. Zespół w kompromitujący sposób odpadł z Ligi Mistrzów, zajmując ostatnie miejsce w grupie i tym samym żegnając się w ogóle w tym sezonie z europejskimi pucharami. W Primera Division początek Koemana był nawet niezły: zwycięstwa nad Mallorcą i Murcią, ale potem zaczął się zjazd po równi pochyłej, który jak na razie zakończył się na 16 miejscu w tabeli na pięć kolejek przed końcem. Zespół jest rozbity, kluczowi do niedawna zawodnicy (Canizares, Angulo) odsunięci od składu. Jedynym chyba powodem, dla którego Koeamn jeszcze pracuje, jest krótki zryw, na jaki zdobył się zespół w marcu pokonując w lidze Real w Madrycie i w półfinale Pucharu Króla Barcelonę. Finał pucharu krajowego to jedyna szansa na udział w Pucharze UEFA w przyszłym sezonie. Spadek do drugiej ligi to mimo wszystko chyba zbyt czarny scenariusz, mają 5 punktów przewagi nad 18. w tym momencie Saragossą. Walki nie o takie cele można było oczekiwać od Valencii. To moim zdaniem najbardziej bolesny upadek w tym sezonie.


Włoskie ostatki

wtorek, 15 kwiecień 2008

Jeśli chodzi o dobre ligi europejskie, to prawie wszędzie wiadomo już prawie wszystko. O dziwo najciekawsza będzie końcówka sezonu we Włoszech, co jeszcze niedawno wydawałoby się niedorzecznością.

Pięć kolejek do końca, a Inter ma tylko 4 punkty przewagi nad Romą. Obrońcy tytułu nie powinni sobie dać wydrzeć kolejnego tytułu, bo oprócz meczu z Milanem desperacko walczącym o Ligę Mistrzów, mają do rozegrania spotkania z samymi słabymi zespołami: Torino, Cagliari, Sieną i Parmą. Z drugiej jednak strony wszystkie oprócz Sieny, która jest bezpieczna, bardzo potrzebują punktów, bo znajdują się tuż nad strefą spadkową i nie będą odpuszczać. Roma z kolei musi stawić czoła Livorno, Torino, Sampdorii, Atalancie i Catanii. Z tego grona tylko Atalanta nie gra już o nic. Zarówno Inter jak i Roma w każdym meczu będą faworytem, pytanie tylko jak to zniosą. Myślę, że Inter jednak przewagę dowiezie. Bardziej by mnie ucieszyło, gdyby tryumfowała Roma, bo grają ciekawszy, bardziej ofensywny futbol, ale to nie łyżwiarstwo figurowe, tu nie ma punktów za styl.

Ciekawa będzie tez na 100% rywalizacja o czwarte miejsce między Fiorentiną a Milanem. Drużyna Carlo Ancelottiego ostatnio gra lepiej i cztery punkty straty są możliwe do zniwelowania. Wiele będzie zależało od psychiki graczy z Florencji, dla których to niepowtarzalna szansa na awans do elitarnych rozgrywek Ligi Mistrzów. Kalendarz mają całkiem łagodny, grają jeszcze z Palermo (znacznie słabszym niż przed rokiem), Sampdorią (całkiem mocną w tym sezonie, mają realną szansę na grę w Pucharze UEFA) i Parmą (broniącą się przed spadkiem) u siebie oraz z Cagliari i Torino na wyjeździe (obie drużyny walczą o utrzymanie). Milan oprócz meczów z prawdopodobnymi spadkowiczami z Livorno i Regginy, ma ciężkie mecze przed sobą: derby z Interem, wyjazd do Napoli i w ostatniej kolejce u siebie mecz z Udinese, walczącym o europejskie puchary. Wolałbym w przyszłym sezonie odpocząć od Milanu w LM, za to chętnie zobaczyłbym tam świeżą krew. Rok pokuty w Pucharze UEFA dobrze by rossonerim zrobił, wyszliby z tego mocniejsi. Zupełnie jak Bayern, który musiał spaść ze szczytu, żeby wzmocnić się naprawdę porządnie i znów mierzyć w najwyższe cele. Ale coś mi mówi, że Milan jednak do LM się doczłapie.

Na dole tabeli wciąż wszystko jest możliwe i nawet ostatnie w tym momencie Livorno ciągle może się jeszcze uratować. Parę lat temu powiększono liczbę drużyn występujących w Serie A z 18 do 20. Można śmiało powiedzieć, że był to błąd, od tego czasu liga włoska jest słabsza. Cztery dodatkowe mecze do rozegrania i dwa przeciętne zespoły więcej. Wydaje mi się, że ten sezon i emocje do końca to raczej wyjątek. Dysproporcja między kilkoma najlepszymi i najbogatszymi drużynami a resztą stawki jest olbrzymia, nie widać natomiast „klasy średniej”. Wszystkie lokaty poniżej piątego, szóstego miejsca można by w zasadzie rozlosować i nie byłoby większej różnicy. Upadłe potęgi jak Lazio (które grało w LM w tym sezonie tylko ze względu na aferę korupcyjną), czy Parma nie odstają poziomem od typowych średniaków jak Palermo czy Sampdoria. W przyszłym sezonie którakolwiek z tych drużyn może awansować do pucharu EUFA, każda może spaść.


Alavés – bohaterowie Pucharu UEFA sprzed lat

sobota, 12 kwiecień 2008

Czwartkowy ćwierćfinał Pucharu UEFA zainspirował mnie, żeby przypomnieć inny, chyba najbardziej spektakularny wyczyn w dziejach tego pucharu. Był on dziełem hiszpańskiej drużyny – Alavés (dokładniej: Deportivo Alavés Vitoria) w sezonie 2000/01. Ten mały baskijski klub w swoim debiucie w europejskich pucharach doszedł aż do finału. Ale zanim o finale, warto przyglądnąć się, co było przedtem.

Już w pierwszej rundzie pokazali, że będzie ciekawie, bo po remisie u siebie 0-0, w rewanżu wygrali z tureckim Gaziantepsporem 4-3. W drugiej rundzie trafili na norweskie Lillestrøm i znów zwycięstwo na wyjeździe 3-1, potem remis u siebie 2-2. W trzeciej rundzie ponownie rywal z Norwegii, ale znacznie mocniejszy – Rosenborg. Potwierdzili po raz kolejny, że lepiej grają na obcych stadionach, bo w pierwszym meczu u siebie zanotowali nienajlepszy wynik 1-1, ale odbili się w rewanżu, zwyciężając w Trondheim 3-1. Prawdziwa jazda zaczęła się jednak w czwartej rundzie, kiedy trafił się przeciwnik z najwyższej półki – Inter. Pierwszy mecz odbył się w Vitorii. Wydawało się, że wynik 3-3 to już maksimum ich możliwości i w Mediolanie dostaną srogie lanie. Nic bardziej błędnego – na San Siro wygrali 2-0.

Złośliwy lub łaskawy los zetknął ze sobą w ćwierćfinale dwie rewelacje tych rozgrywek: Alavés oraz inny hiszpański wynalazek, Rayo Vallecano (jest parę ciekawych, a niezbyt znanych klubów, postaram się niedługo popełnić jakiś tekst na ich temat). Wynik rywalizacji rozstrzygnął się już w pierwszym meczu, kibicie Alavés doczekali się w końcu zwycięstwa na swoim stadionie i to 3-0. W rewanżu porażka 2-1, ale pewny awans do półfinału. Tam trzeba przyznać mieli szczęście w losowaniu, bo faworyci, Barcelona i Liverpool trafili na siebie, im trafiło się Kaiserslautern (wtedy jeszcze licząca się drużyna). Na tym poziomie rozgrywek takie numery się nie zdarzają. A jednak – Alavés w dwumeczu pokonało Niemców 9-2!!! U siebie 5-1, na wyjeździe 4-1!

I w końcu finał, który okazał się absolutnie niezwykłym widowiskiem. Do dziś nie mogę odżałować, że po tym, jak Liverpool szybko wbił im dwie bramki, stwierdziłem, że jest po zabawie i przestałem oglądać. Jak bardzo się myliłem możecie zobaczyć sami:

Po takim meczu obie drużyny powinny dostać ten puchar. Nawet nie chcę myśleć, jak musiał się czuć obrońca Delfi Gelí, autor tego samobója 5 minut przed końcem dogrywki. Wtedy jeszcze obowiązywała zasada „złotego gola”, więc był to automatycznie koniec meczu. To chyba najsmutniejszy złoty gol w historii. Ciekawe, czy zwróciliście uwagę na filmiku, kto grał w Alavés z numerem drugim? Wygląda na to, że obecność tego gracza jest gwarantem niezapomnianych emocji ;-) Tak jak całkiem po ludzku było mi szkoda Getafe, tak samo mi szkoda, że to jednak nie Alavés wygrało. Finał Pucharu UEFA to największy sukces w dziejach klubu. Dziś broni się przed spadkiem do trzeciej ligi.


Mecz sezonu, ale bez happy endu. Getafe remisuje z Bayernem 3-3

piątek, 11 kwiecień 2008

Wśród wielu dowcipów o Chucku Norrisie był też taki, jak to słynny twardziel pokonał Michaela Jordana w grze 1 na 1. Grając w butach narciarskich i z kebabem w ręku. I mniej więcej z taką skalą trudności mieli wczoraj do czynienia gracze Getafe, którzy jednak Chuckiem Norrisem nie są. Nawet grając w pełnym składzie ich zadanie wydawało się mission impossible, więc kiedy sędzia pokazał czerwoną kartkę ich zawodnikowi już w 6. minucie, przyznaję uczciwie, pomyślałem że po meczu.

I moje szczęście, że zostałem przed odbiornikiem, kto nie widział – niech żałuje, bo ominął go najbardziej emocjonujący spektakl w tym sezonie. Żadna tam obrona Częstochowy, zamiast bardziej bezpiecznego wariantu, czyli zdjęcia napastnika i wprowadzenia obrońcy (bo kartkę dostał obrońca) żeby bronić dającego im awans 0-0, trener gospodarzy Michael Laudrup postanowił po prostu zignorować fakt, że grają w osłabieniu. I choć trudno w to uwierzyć, tak to wyglądało. Gdyby ktoś włączył mecz po incydencie z wykluczeniem piłkarza gospodarzy, nie zorientowałby się, że grają oni w dziesięciu. A naprzeciw nich Bayern, który w tym składzie mógłby grać o półfinał, ale Ligi Mistrzów.

Żeby sprawa była jeszcze bardziej beznadziejna, po 20 minutach kontuzji doznał szybki Ikechukwu Uche (przyszedł przed sezonem z Recreativo). I na przekór wszystkiemu Getafe strzela gola (znowu „rumuński internacjonał” Contra), nie pozwalając na to samo groźnemu rywalowi. Co więcej, sami stwarzają okazje do podwyższenia rezultatu.

Cóż to byłaby za wspaniała historia, gdyby im się udało dotrwać do końca. Nie udało się, ale dopiero w tym momencie nastąpiła najbardziej niesamowita część wieczoru. Getafe po golu straconym w przedostatniej minucie wydawało się przegrane, piłkarzy łapały skurcze ze zmęczenia, dogrywka miała być już tylko egzekucją. Nie wiem co im trener Laudrup powiedział, jakich czarów użył, ale to jego drużyna w pierwszych trzech minutach dogrywki trafiła dwa razy. Bayern wydawał się znokautowany i nacierał jakoś tak bez przekonania.

Było już tak pięknie, aż tu nagle… katastrofa. Największa gwiazda Getafe, jeśli można tak powiedzieć, bramkarz Roberto Abbondanzierri, zwycięzca nagrody dla najlepszego bramkarza Primera Division (Trofeo Zamora) w sezonie 2006/07, reprezentant Argentyny, (bronił na mundialu w Niemczech), taki pewniak pięć minut przed końcem podarował gola Toniemu z Bayernu. A Bayern uwierzył. Kiedy w ostatniej minucie dogrywki padła bramka (znowu po błędzie bramkarza) poczułem jakby to mnie osobiście ktoś kopnął w brzuch. Getafe i tak osiągnęło w Europie więcej niż ktokolwiek się spodziewał. Gloria victis!


Uczta drugim w półfinale

czwartek, 10 kwiecień 2008

No i stało się, co miało się stać – Barcelona zagra z Manchesterem o finał Ligi Mistrzów. Sensacji nie było, ManU bez wysiłku dokonał formalności (choć mogło być jeszcze ciekawie, gdyby de Rossi trafił tego karnego), a Barca rażąc nieporadnością i tak wygrała z Schalke. Za dwa tygodnie pierwszy mecz półfinałowy. Czy do tego czasu Frank Rijkaard jest w stanie coś zmienić? Czy perfekcyjnie naoliwiona maszyna Aleksa Fergusona nadal będzie funkcjonować bez zarzutu, mimo intensywnej eksploatacji? Już nie mogę się doczekać tej konfrontacji.

„Na dzień dzisiejszy” z obozu Katalończyków płyną wieści nie napawające optymizmem fanów FCB. Podobno klub ukrywa faktyczne powody nieobecności Ronaldinho i Deco na boisku, wersja oficjalna głosi że to przez kontuzje, nieoficjalna – że chodzi o względy dyscyplinarne (podziękowania dla vixo za zwrócenie na to uwagi). Najwyraźniej panuje tam niezły chaos informacyjny i chyba w ogóle słowo chaos byłoby najlepsze do opisu sytuacji. Ciekawe, czy zawodnicy którzy wybiegną przeciwko MU będą w stanie się od tego zdystansować i pokazać, że plotki o końcu tego zespołu są jednak przesadzone. W lidze też nie bardzo mogą odpuścić, bo chociaż Real jest już prawie na pewno poza zasięgiem, to walka o drugie miejsce będzie do końca. A stawka jest niebagatelna bo konieczność grania w eliminacjach do LM może podkopać plan wakacyjnych przygotowań i tourne po Azji czy innych futbolowo egzotycznych rejonach (ale intratnych marketingowo).

Sytuacja w Manchesterze jest zdecydowanie bardziej komfortowa, co nie znaczy, że sielankowa. Sielankę popsuł symbol średniactwa w lidze angielskiej, który nawet w nazwie ma „średniość”, czyli Middlesborough, remisując z faworytem 2-2. Oznacza to, że przewaga nad Chelsea zmalała do trzech punktów, a w perspektywie jeszcze mecze z Arsenalem (już w ten weekend) i właśnie z Chelsea. Szczególnie niefartownie dla MU wypada ten drugi pojedynek, bo akurat między jednym półfinałem LM a drugim. Z drugiej strony rywale przecież w tym samym czasie grają swój półfinał, więc nie będą bardziej wypoczęci. Sprawa wydaje się prosta – jeśli podopieczni Fergusona wytrzymają kondycyjnie walkę na dwóch frontach, powinni zagrać w finale. Uraz Vidicia nie jest taki groźny i powinien on niedługo wrócić, Ferdinandowi też jednak nic się nie stało, reszta drużyny jakoś się trzyma i mogą dokonać czegoś naprawdę wielkiego. Ostatnią drużyną, która potrafiła zdobyć tytuł mistrza swojego kraju i wygrać Ligę Mistrzów była… Barcelona.


Dzień świstaka czyli znów czerwono-niebiesko w półfinale

środa, 9 kwiecień 2008

Trzeci raz w ostatnich czterech latach półfinał będzie wyglądać tak samo. Byłaby to fajna historia gdyby nie okoliczności awansu Liverpoolu. Byłoby coś romantycznego w tym, że drużyna stosunkowo słaba wśród najlepszych znowu ogrywa teoretycznie mocniejszych i zadziwia świat. Byłoby ale nie jest, bo drużyna Beniteza znalazła się tam nie dlatego, że była lepsza, tylko dlatego, że w obu meczach pomogli jej sędziowie. Naprawdę wielka szkoda, bo wczorajszy mecz był kapitalny, aż do feralnego karnego pięć minut przed końcem. Już wydawało się że Torres robi różnicę, potem Walcott, ale prawdziwą różnicę zrobił sędzia.

Przykre to o tyle, że już przy okazji półfinałów nikt nie będzie o tym pamiętał. Tak samo jak pamięta się niesamowity finał w Stambule, a nie półfinałową batalię z Chelsea, którą Liverpool przebrnął dzięki golowi, którego nie było. Lubię na boisku sytuacje ewidentne kiedy wiadomo, że gol to gol. Jeśli już karny w końcówce meczu, który wiadomo, że zdecyduje o całej rywalizacji, to tylko wtedy, kiedy jest 100% pewności, że był faul. Pomarzyć zawsze można. Do dziś pamiętam mecz z mistrzostw Europy w 2000 roku, kiedy jeszcze w fazie grupowej zmierzyły się Holandia i Czechy. Było 0-0 i w 90. minucie sędzia Collina wymyślił karnego dla Holendrów (gospodarzy turnieju). I co? I uznano go za najlepszego arbitra świata.

Mam nadzieję, że tym razem niebiesko-czerwony półfinał rozstrzygnie się uczciwie. Wydaje się, że skład drugiego półfinału też już znamy. Podzielam tą opinię, mimo że Manchesterowi posypała się obrona, a Barca zdaje się popadać w coraz większą niemoc. Tylko że Roma gra bez Tottiego, a Schalke jest po prostu za słabe na zwycięstwo na Camp Nou.


Czynnik ludzki

poniedziałek, 7 kwiecień 2008

Często kiedy dochodzi do jakiejś jawnej niesprawiedliwości, pojawia się myśl, że przydałoby się coś zrobić, żeby było inaczej, bardziej uczciwie. Powodem dla którego o tym piszę, jest kolejny przypadek kiedy sędzia pomaga Realowi Madryt. Więcej o tym – tutaj. Jeśli jesteśmy przy lidze hiszpańskiej, to wypada dla równowagi zaznaczyć, że takie prezenty od sędziów dostawała też Barcelona. Nie mam jak tego sprawdzić, w mojej pamięci zachowało się poczucie, że częściej korzystał z pomocy arbitra Real, ale nieważne, chodzi o zasadę. To zjawisko wyjątkowo frustrujące, bo kiedy już biedniejsza drużyna, czasem wręcz o kilka klas słabsza od potentata zdoła go przycisnąć, to pojawia się czynnik pozasportowy, jak karny z kapelusza, czerwona kartka lub nieuznanie prawidłowo zdobytej bramki, który zupełnie niezasłużenie sprowadza ich na ziemię. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, że znacznie częściej takie prezenty dostają ci wielcy niż ci malutcy. Wykluczam korupcję, może po prostu ludzkie błędy, może presja kibiców (jeśli mecz toczy się na boisku faworyta), może magia wielkich klubów, może jakiś inny czynnik.

Często słyszy się, że na tym polega piękno futbolu, że jest czynnik ludzki, więc muszą być pomyłki i najlepiej zostawić tak jak jest. Mnie to jakoś nie przekonuje. Mamy XXI wiek i całkiem niezłą technikę, którą można zaangażować do pomocy. Wydaje mi się, że zestaw czujników na podczerwień rozmieszczonych co 25 cm (przykładowo) po obu stronach boiska, zintegrowanych w jedną sieć razem z czujnikiem w piłce to nie science-fiction. Mogłoby to działać błyskawicznie, nie dłużej niż teraz. Mamy komputery, które robią nie takie rzeczy. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że komputer w ciągu ułamków sekund „wie” czy był spalony lub gol i wysyła sygnał do sędziego. Technicznie pewnie nie jest to takie proste, ale można by to testować, aż będzie działało sprawnie i kwestia był spalony/gol czy nie przestałaby być problemem. Finansowo też pewnie nie byłoby tak źle, ale to tylko moje przypuszczenia.

Znacznie trudniej będzie walczyć z plagą „nurków” i generalnie udawaniem. Sztukę tę do perfekcji opanował „Pippo” Inzaghi, tutaj akurat przyłapany na mniej udanej próbie:

Ta jego gestykulacja po każdym upadku, błagalne miny – trzeba przyznać, że umiał stworzyć presję na prowadzącym spotkanie i przeważnie osiągał swój cel – po którymś razie sędzia nie gwizdnął spalonego lub gwizdnął faul na nim w szesnastce lub tuż przed nią. Ale gdyby chodziło tylko o niego, to pół biedy. Teraz to po prostu jedna z umiejętności z piłkarskiego elementarza, normalka.

A może by tak wprowadzić system punktowy dla sędziów? Zamiast analizy zapisu wideo po kontrowersyjnej akcji, co spowalniałoby albo wręcz uniemożliwiło normalną grę, mecz toczyłby się normalnie, sędzia podejmował swoje decyzje, dobre lub złe. Dopiero po meczu, jeśli zdarzyła się jakaś poważna kontrowersja, dostawałby plusa lub minusa, w zależności od tego czy ocenił sytuację odpowiednio, czy też nie. Od liczby poprawnych decyzji zależałoby czy prowadzi mecze o najwyższą stawkę, czy te trochę mniej ważne.

Czy można poradzić sobie z oszustami w piłce? Pewnie nie, bo oszustko popłaca. Można strzelić bramkę ręką, można zrobić coś takiego:

Można nawet wygrać wybory w USA mając mniej głosów od przeciwnika. Więc o czym my tutaj w ogóle mówimy?


Pochwała rzemiosła

piątek, 4 kwiecień 2008

Po środowych ćwierćfinałach Ligi Mistrzów i po wczorajszych meczach Pucharu EUFA nurtuje mnie pewna wątpliwość. Czy to możliwe, żeby pewne zespoły były bardziej predestynowane do rywalizacji w systemie pucharowym niż inne? Oczywiście nie chodzi mi o to że jedne są lepsze od drugich ;-) tylko o to, że ich osiągnięcia w pucharach są nieporównanie lepsze niż w lidze. Liverpool i Getafe, bo o tych zespołach będzie mowa, zdają się znać jakiś sekret, niedostępny innym zespołom. Rezultaty osiągnięte przez te zespoły (1-1 na wyjazdach) nie gwarantują im przejścia do następnej rundy, ale pokazują że trzeba się z nimi liczyć. Szczególnie zdziwił się chyba Bayern, kiedy w 90 minucie padła wyrównująca bramka, z resztą wyjątkowej urody:

Dla obu zespołów to nie jest pierwszy raz, Liverpool osiągnął dwa finały LM w ostatnich trzech latach, dla prowincjonalnego klubu z przedmieść Madrytu ósemka Pucharu UEFA to największy jak dotąd sukces. Poza tym już drugi sezon z rzędu zagrają w finale Pucharu Hiszpanii. W ubiegłym roku w półfinale przegrali z Barceloną na Camp Nou 5-2 i sprawa wydawała się przesądzona. Tymczasem rewanż był w ich wykonaniu niesamowity: zwycięstwo 4-0 i awans do finału, w którym ostatecznie przegrali z Sevillą. Ale dzięki temu, że Sevilla zajęła miejsce dające prawo gry w LM, występują w Pucharze UEFA. W tym sezonie w finale zagrają z Valencią i jeśli chcą znów pokazać się w Europie, muszą wygrać (podobnie jak słabo grająca w lidze Valencia). A jeszcze pięć lat temu grali w drugiej lidze.

Getafe z konieczności, Liverpool z wyboru ma do dyspozycji piłkarzy, którzy nie są wielkimi gwiazdami (z dwoma wyjątkami: Gerrarda i Torresa). Może tacy gracze są bardziej zmobilizowani, żeby zabłysnąć właśnie kiedy patrzy na nich więcej oczu niż zwykle? Może to właśnie solidne rzemiosło, a nie bardziej podatne na wzloty i upadki gwiazdozbiór daje większą szansę na sukces? Jeśli to byłaby prawda, to dlaczego idzie im tak kiepsko w lidze? Więc może zwykłe szczęście? Lepsza dyspozycja dnia, gorszy dzień rywali? Szczególna taktyka? Nie wiem. W każdym sezonie zdarza się tak, że wysoko dochodzi jakaś drużyna bardziej „rzemieślnicza” niż „artystyczna”, pozbawiona wielkich gwiazd (lub w ogóle gwiazd, taki np. Zenit St. Petersburg – już praktycznie półfinalista pucharu UEFA) i wypada się tylko z tego cieszyć, dzięki temu jest po prostu ciekawiej.


Krkić. Bojan Krkić

środa, 2 kwiecień 2008

Miałem taki plan, żeby napisać coś o Bojanie za jakiś czas, kiedy bardziej pilne wydarzenia będą juz omówione, ale nie dał mi szansy. Bojan Krkić Pérez to w tej chwili najbardziej gorący temat. Mógłby ktoś zapytać, czy ta jedna bramka we wczorajszym meczu zmieniła tak wiele? Moim zdaniem tak, nawet bardzo. Pierwszy gol w Lidze Mistrzów to zawsze wielka sprawa dla nastolatka, szczególnie taki. Nie jakieś tam trafienie na 4-0 w ostatniej minucie meczu o nic, tylko jedyny, zwycięski w ćwierćfinale, kiedy drużyna w kryzysie. Od goli strzelanych w Lidze Mistrzów w piłce klubowej nie ma już nic lepszego. Tu grają i trafiają najlepsi.

W tym co się wczoraj stało najbardziej niesamowite jest jednak to, że ten młody człowiek wyszedł na najważniejszy (na razie) mecz w sezonie w pierwszym składzie drużyny naprawdę nie narzekającej na brak klasowych napastników. A wydawało się przed sezonem, że włączenie Bojana, razem z rok starszym Giovanim dos Santosem, do pierwszego składu to kiepski pomysł i raczej krzywda dla chłopaka, który mógłby się ogrywać na wypożyczeniu (mówiono o francuskim Saint-Etienne). W ataku byli już przecież Eto’o, Messi, Ronaldinho, Henry i Gudjohnsen. W którym innym mocnym klubie młody wychowanek miałby trudniej się przebić? Tym bardziej, że na początku grał tylko ogony, więc miał najmniej czasu, żeby się pokazać, a trener Rijkaard z dwójki młokosów częściej stawiał na starszego Giovaniego.

Ale zanim Bojan strzelił w LM swojego pierwszego gola, nastrzelał ich ponad 900 (tak: dziewięćset) w swojej karierze juniorskiej, którą rozpoczął w wieku 9 lat. Nie będę przytaczał ogólnie dostępnych faktów na jego temat (po to zajrzyjcie choćby do Wikipedii – warto, dokładne statystyki tutaj), o bramkach wspominam dlatego, żeby przedstawić to co się stało wczoraj jako konsekwencję długiej i ciężkiej pracy oraz determinacji dziecka, a potem nastolatka. Swoją drogą nie ma w Europie drugiej szkółki piłkarskiej, która mogłaby się w ostatnim czasie pochwalić takimi wychowankami, jak barcelońska La Masia. Leo Messi, Cesc Fabregas, Carles Puyol, Xavi, Iniesta – to tylko najbardziej znani, o kilku innych, w tym także podkupionych przez angielskie kluby pewnie niedługo usłyszymy. Najnowszym hitem z La Masia będzie napastnik Gai Assulin, tylko rok młodszy od Bojana (ale zdążył już zadebiutować w seniorskiej reprezentacji Izraela).

Natknąłem się gdzieś na porównanie Bojana do Raula. Myślę że to rzeczywiście bardzo podobny typ zawodnika. Sposób w jaki zdobywa gole, to jak piłka sama go szuka… Wczorajszym trafieniem Bojan ostatecznie „wybił się na niepodległość” i pokazał, że nie jest tylko nadzieją na przyszłość, ale kompletnym zawodnikiem już teraz. Trzeba zauważyć, że ten sukces rodzi też nowe wyzwania. Zobaczymy za jakiś czas, jak poradzi sobie ze statusem gwiazdy i wynikającymi z tego pokusami.