Czas na półfinały

wtorek, 22 kwiecień 2008

Jeśli prawdą jest, że lepiej nie łączyć rywalizacji na szczeblu krajowym z europejskimi pucharami, to Barcelona jest po weekendzie o krok bliżej wygrania Ligi Mistrzów niż Manchester i Chelsea. Liverpool czai się już tylko na to trofeum i liga angielska go nie interesuje, więc pozycja drużyny z Anfield wydaje się niezmiennie dobra. Tydzień temu wydawało się, że już wszystko wiadomo, ManU mistrzem, Chelsea wice i można spokojnie koncentrować się na półfinałach LM. A tymczasem nie walczące już kompletnie o nic Blackburn postanowiło napsuć krwi faworytowi z Manchesteru, który ledwo uratował punkt w ostatnich minutach. I wcale Aleks Ferguson nie wystawił rezerwowego składu, wręcz przeciwnie, zagrali Ci, którzy prawdopodobnie zameldują się w pierwszej jedenastce we środę na Camp Nou (przynajmniej większość).

W ogóle sytuacja jest paradoksalna. O najważniejsze trofeum w klubowej piłce biją się cztery drużyny, spośród których trzy mają poważne kłopoty. W Chelsea wrze od odejścia Mourinho, Liverpool ma kłopot z władzami. O Barcelonie pisze się ostatnio wyłącznie w kontekście kolejnych rozczarowań i rozpadu drużyny. Patrząc z tej perspektywy, murowanym faworytem powinien być Manchester, istna oaza spokoju w tym towarzystwie. I byłby, gdyby nie Blackburn. Jakże wspaniale musi smakować zwycięstwo w lidze wyszarpane z największym trudem, w ostatniej chwili, kiedy wydawało się to już niemożliwe. Zawodnicy Chelsea właśnie poczuli jego obietnicę, faworyt się potknął, pościg przyspieszył, rozpoczęło się polowanie. Zamiast na jednym, obie drużyny walczą znowu na dwóch frontach.

Z tego zestawienia wynikałoby, że stosunkowo najmniej problemów ma Liverpool. Być może. Ale wszystkie analizy, łącznie z tą, będą bez znaczenia w momencie kiedy zacznie się wtorkowy i środowy mecz. Każda z czterech drużyn ma potencjał żeby wygrać. Nie wierzę w brak motywacji. Tak się tworzy historię (który piłkarz o tym nie marzy?) i załatwia lepsze kontrakty (jak wyżej). Kiedy będą już znane wyniki pojawią się głosy, że tak właśnie musiało być, bo przecież XYZ. Ale najlepszy czas jest właśnie teraz, kiedy tego nie wiemy. Przyjemnego oglądania!


Uczta drugim w półfinale

czwartek, 10 kwiecień 2008

No i stało się, co miało się stać – Barcelona zagra z Manchesterem o finał Ligi Mistrzów. Sensacji nie było, ManU bez wysiłku dokonał formalności (choć mogło być jeszcze ciekawie, gdyby de Rossi trafił tego karnego), a Barca rażąc nieporadnością i tak wygrała z Schalke. Za dwa tygodnie pierwszy mecz półfinałowy. Czy do tego czasu Frank Rijkaard jest w stanie coś zmienić? Czy perfekcyjnie naoliwiona maszyna Aleksa Fergusona nadal będzie funkcjonować bez zarzutu, mimo intensywnej eksploatacji? Już nie mogę się doczekać tej konfrontacji.

„Na dzień dzisiejszy” z obozu Katalończyków płyną wieści nie napawające optymizmem fanów FCB. Podobno klub ukrywa faktyczne powody nieobecności Ronaldinho i Deco na boisku, wersja oficjalna głosi że to przez kontuzje, nieoficjalna – że chodzi o względy dyscyplinarne (podziękowania dla vixo za zwrócenie na to uwagi). Najwyraźniej panuje tam niezły chaos informacyjny i chyba w ogóle słowo chaos byłoby najlepsze do opisu sytuacji. Ciekawe, czy zawodnicy którzy wybiegną przeciwko MU będą w stanie się od tego zdystansować i pokazać, że plotki o końcu tego zespołu są jednak przesadzone. W lidze też nie bardzo mogą odpuścić, bo chociaż Real jest już prawie na pewno poza zasięgiem, to walka o drugie miejsce będzie do końca. A stawka jest niebagatelna bo konieczność grania w eliminacjach do LM może podkopać plan wakacyjnych przygotowań i tourne po Azji czy innych futbolowo egzotycznych rejonach (ale intratnych marketingowo).

Sytuacja w Manchesterze jest zdecydowanie bardziej komfortowa, co nie znaczy, że sielankowa. Sielankę popsuł symbol średniactwa w lidze angielskiej, który nawet w nazwie ma „średniość”, czyli Middlesborough, remisując z faworytem 2-2. Oznacza to, że przewaga nad Chelsea zmalała do trzech punktów, a w perspektywie jeszcze mecze z Arsenalem (już w ten weekend) i właśnie z Chelsea. Szczególnie niefartownie dla MU wypada ten drugi pojedynek, bo akurat między jednym półfinałem LM a drugim. Z drugiej strony rywale przecież w tym samym czasie grają swój półfinał, więc nie będą bardziej wypoczęci. Sprawa wydaje się prosta – jeśli podopieczni Fergusona wytrzymają kondycyjnie walkę na dwóch frontach, powinni zagrać w finale. Uraz Vidicia nie jest taki groźny i powinien on niedługo wrócić, Ferdinandowi też jednak nic się nie stało, reszta drużyny jakoś się trzyma i mogą dokonać czegoś naprawdę wielkiego. Ostatnią drużyną, która potrafiła zdobyć tytuł mistrza swojego kraju i wygrać Ligę Mistrzów była… Barcelona.


Ćwierćfinały LM – dzień pierwszy

wtorek, 1 kwiecień 2008

Dziś pierwsze dwie konfrontacje ćwierćfinałowe w Lidze Mistrzów. Nie ma się co oszukiwać, znacznie ciekawiej zapowiada się mecz w Rzymie. I od tego zacznę. Można marudzić, że w LM ciągle grają ze sobą te same zespoły, ale dzięki temu zawsze są jakieś podteksty, czy rachunki do wyrównania. Z takim przypadkiem mamy tu do czynienia. Przegrać 7-1 to jednak jest masakra, tym bardziej na tym poziomie. Nawet jeśli trenerowi Spalettiemu udało się to zawodnikom wybić dawno z głowy, to i tak media przypomną, bo było to wydarzenie, które nie zdarza się co dzień. Nawet jeśli Besiktas przegrał w tym sezonie z Liverpoolem 8-0, to kto o tym pamięta? Tak dla porządku przywołam jeszcze pojedynek z sezonu 2003/04 między Monaco a Deportivo, który zakończył się niebanalnym wynikiem 8-3. Oba kluby niestety popadły od tamtego czasu w przeciętność i myślą raczej jak tu nie spaść do drugiej ligi niż o podboju Europy.

Ale wróćmy do dzisiejszego meczu. Drużyna Aleksa Fergusona demoluje w swojej lidze kogo tylko napotka na swej drodze. Gracze Luciano Spalettiego zanotowali ostatnio bolesną porażkę w derbach Rzymu (tracąc bramkę na 3-2 w ostatniej minucie), pokonali skromnie Empoli 2-1 i w ostatniej kolejce zaledwie remis ze słabiutkim Cagliari – krótko mówiąc – nie zachwycają. Ale za sprawą równie słabo, albo jeszcze słabiej grającego ostatnio Interu, ciągle mają szansę na tytuł. Co wynika z tej analizy formy w ligach? Ano nic. To tylko dwa mecze, żaden tam trud całego sezonu, nie pomogą kłopoty rywali z tabeli. Dwa mecze dwóch drużyn bardzo spragnionych sukcesu w Europie (Manchester czeka na puchar od 1999, w przypadku Romy to byłby pierwszy raz, Pucharu Miast Targowych nie liczę). I chyba obie zdają sobie sprawę, że są w łatwiejszej połówce drabinki prowadzącej do finału w Moskwie.

Tym sposobem przechodzimy do drugiej dzisiejszej pary. Zdecydowanie najsłabszy zespół z ośmiu, które zostały w grze czyli Schalke 04 kontra zdołowana Barcelona. Liga Mistrzów to ostatnie rozgrywki, jakie jeszcze może wygrać Blaugrana, więc teoria mówi, że powinni gryźć trawę na Arena auf Schalke, ale atmosfera w zespole jest fatalna, trener na wylocie, niektóre gwiazdy szukają nowego pracodawcy (Ronaldinho, Deco), albo już praktycznie znalazły (Zambrotta), nie wiadomo co będzie dalej z połową składu. Na razie los im pomaga, żeby dojść do półfinału nie muszą pokonać nikogo naprawdę mocnego. Dla Schalke sama obecność w ósemce to znacznie więcej, niż ktokolwiek oczekiwał. Tak na dobrą sprawę, gdyby nie zapaść Valencii, która dwa razy dała się ograć Rosenborgowi, nawet nie wyszliby z grupy. Jeśli ten zespół ma coś znaczyć w przyszłości, Gazprom musi wpompować znacznie więcej niż do tej pory. Nie zmienia to faktu że mają być może największą szansę pokonać Barcę właśnie teraz, kiedy ta jest, jak na siebie, naprawdę słaba. Czy im się uda? Mimo wszystko nie wierzę.

Faworytem półfinału będzie zwycięzca pary Roma – MU. Ale oglądamy te mecze w kółko właśnie dlatego, że za każdym razem to osobna historia, często z zaskakującym zakończeniem. A na półfinały ma wrócić Messi…


Czy wytrzymają?

poniedziałek, 31 marzec 2008

Drapieżności i woli zwycięstwa, których tak brakuje Barcelonie, ma w sam raz Manchester United. Patrząc na ich poczynania w ostatnich meczach z Liverpoolem i Aston Villą, nie sposób nie pomyśleć o nich, jak o faworycie Ligi Mistrzów. Liverpool na Old Trafford nie istniał, nie tylko po tym, jak głupią czerwoną kartkę dostał Mascherano, ale przez cały mecz. Ten sam Liverpool, który ledwie 12 dni wcześniej nie dał najmniejszych szans mistrzowi Włoch. Trener Aston Villi, pewnie gdyby mógł, rzuciłby ręcznik na murawę jeszcze w pierwszej połowie. Czy to samo czeka Romę? Zobaczymy już jutro.

A czy ktoś pamięta jakie były opinie po ostatnim sezonie? Że to raczej niespodzianka, że Chelsea znów będzie dominować, że sezon życia mieli przede wszystkim Ronaldo, ale też Vidić i niedoceniany Carrick. To się miało nie powtórzyć. I co zrobił Ferguson? Poszedł za ciosem i wzmocnił to, co dało mu sukces. Jakby sam „zwierzak” Rooney nie wystarczył, przyszedł Tevez i razem tworzą najbardziej drapieżny duet napastników w Europie. Genialny skrzydłowy ciągnie cały zespół? No to Ferguson kupił drugiego takiego, do pary. Nani to wciąż melodia przyszłości, ale jeśli rozwinie się tak jak Ronaldo (a na razie idzie mu nieźle) to nie chciałbym być w skórze ich rywali. Do tego użyteczna zapchajdziura w postaci Hargreavesa i spokój na tyłach. Swoją drogą jak oni wypatrzyli tego Vidicia w Moskwie (przyszedł w styczniu 2006)? Co równie istotne, nikt ważny nie odszedł. Z nowych nabytków tylko dla Brazylijczyka Andersona MU wydaje się niewłaściwym klubem.

Jeśli Ronaldo w poprzednim roku zagrał sezon życia, to jak nazwać to, co wyrabia w tym? Do tej pory 26 goli w lidze w 32 meczach (jako skrzydłowy!). Można go lubić lub nie, ale jeśli ktoś twierdzi, że w tej chwili nie jest to najlepszy piłkarz na świecie, to jest futbolowym ignorantem. Polecam tekst o CR na Supergigancie. I bramkę sezonu(?) w jego wykonaniu.

Sześć kolejek do końca. Będzie bardzo ciekawie, bo MU gra jeszcze z Arsenalem u siebie i z Chelsea na Stanford Bridge. Wcale nie jest powiedziane, że ma zapewniony tytuł. Jeśli dadzą radę utrzymać formę – nikt im nie przeszkodzi, ani w Anglii, ani w Lidze Mistrzów. Tylko czy eksplozja nie przyszła za wcześnie?