Czwartkowy ćwierćfinał Pucharu UEFA zainspirował mnie, żeby przypomnieć inny, chyba najbardziej spektakularny wyczyn w dziejach tego pucharu. Był on dziełem hiszpańskiej drużyny – Alavés (dokładniej: Deportivo Alavés Vitoria) w sezonie 2000/01. Ten mały baskijski klub w swoim debiucie w europejskich pucharach doszedł aż do finału. Ale zanim o finale, warto przyglądnąć się, co było przedtem.
Już w pierwszej rundzie pokazali, że będzie ciekawie, bo po remisie u siebie 0-0, w rewanżu wygrali z tureckim Gaziantepsporem 4-3. W drugiej rundzie trafili na norweskie Lillestrøm i znów zwycięstwo na wyjeździe 3-1, potem remis u siebie 2-2. W trzeciej rundzie ponownie rywal z Norwegii, ale znacznie mocniejszy – Rosenborg. Potwierdzili po raz kolejny, że lepiej grają na obcych stadionach, bo w pierwszym meczu u siebie zanotowali nienajlepszy wynik 1-1, ale odbili się w rewanżu, zwyciężając w Trondheim 3-1. Prawdziwa jazda zaczęła się jednak w czwartej rundzie, kiedy trafił się przeciwnik z najwyższej półki – Inter. Pierwszy mecz odbył się w Vitorii. Wydawało się, że wynik 3-3 to już maksimum ich możliwości i w Mediolanie dostaną srogie lanie. Nic bardziej błędnego – na San Siro wygrali 2-0.
Złośliwy lub łaskawy los zetknął ze sobą w ćwierćfinale dwie rewelacje tych rozgrywek: Alavés oraz inny hiszpański wynalazek, Rayo Vallecano (jest parę ciekawych, a niezbyt znanych klubów, postaram się niedługo popełnić jakiś tekst na ich temat). Wynik rywalizacji rozstrzygnął się już w pierwszym meczu, kibicie Alavés doczekali się w końcu zwycięstwa na swoim stadionie i to 3-0. W rewanżu porażka 2-1, ale pewny awans do półfinału. Tam trzeba przyznać mieli szczęście w losowaniu, bo faworyci, Barcelona i Liverpool trafili na siebie, im trafiło się Kaiserslautern (wtedy jeszcze licząca się drużyna). Na tym poziomie rozgrywek takie numery się nie zdarzają. A jednak – Alavés w dwumeczu pokonało Niemców 9-2!!! U siebie 5-1, na wyjeździe 4-1!
I w końcu finał, który okazał się absolutnie niezwykłym widowiskiem. Do dziś nie mogę odżałować, że po tym, jak Liverpool szybko wbił im dwie bramki, stwierdziłem, że jest po zabawie i przestałem oglądać. Jak bardzo się myliłem możecie zobaczyć sami:
Po takim meczu obie drużyny powinny dostać ten puchar. Nawet nie chcę myśleć, jak musiał się czuć obrońca Delfi Gelí, autor tego samobója 5 minut przed końcem dogrywki. Wtedy jeszcze obowiązywała zasada „złotego gola”, więc był to automatycznie koniec meczu. To chyba najsmutniejszy złoty gol w historii. Ciekawe, czy zwróciliście uwagę na filmiku, kto grał w Alavés z numerem drugim? Wygląda na to, że obecność tego gracza jest gwarantem niezapomnianych emocji
Tak jak całkiem po ludzku było mi szkoda Getafe, tak samo mi szkoda, że to jednak nie Alavés wygrało. Finał Pucharu UEFA to największy sukces w dziejach klubu. Dziś broni się przed spadkiem do trzeciej ligi.
Opublikował/a Gospodarz