Alavés – bohaterowie Pucharu UEFA sprzed lat

sobota, 12 kwiecień 2008

Czwartkowy ćwierćfinał Pucharu UEFA zainspirował mnie, żeby przypomnieć inny, chyba najbardziej spektakularny wyczyn w dziejach tego pucharu. Był on dziełem hiszpańskiej drużyny – Alavés (dokładniej: Deportivo Alavés Vitoria) w sezonie 2000/01. Ten mały baskijski klub w swoim debiucie w europejskich pucharach doszedł aż do finału. Ale zanim o finale, warto przyglądnąć się, co było przedtem.

Już w pierwszej rundzie pokazali, że będzie ciekawie, bo po remisie u siebie 0-0, w rewanżu wygrali z tureckim Gaziantepsporem 4-3. W drugiej rundzie trafili na norweskie Lillestrøm i znów zwycięstwo na wyjeździe 3-1, potem remis u siebie 2-2. W trzeciej rundzie ponownie rywal z Norwegii, ale znacznie mocniejszy – Rosenborg. Potwierdzili po raz kolejny, że lepiej grają na obcych stadionach, bo w pierwszym meczu u siebie zanotowali nienajlepszy wynik 1-1, ale odbili się w rewanżu, zwyciężając w Trondheim 3-1. Prawdziwa jazda zaczęła się jednak w czwartej rundzie, kiedy trafił się przeciwnik z najwyższej półki – Inter. Pierwszy mecz odbył się w Vitorii. Wydawało się, że wynik 3-3 to już maksimum ich możliwości i w Mediolanie dostaną srogie lanie. Nic bardziej błędnego – na San Siro wygrali 2-0.

Złośliwy lub łaskawy los zetknął ze sobą w ćwierćfinale dwie rewelacje tych rozgrywek: Alavés oraz inny hiszpański wynalazek, Rayo Vallecano (jest parę ciekawych, a niezbyt znanych klubów, postaram się niedługo popełnić jakiś tekst na ich temat). Wynik rywalizacji rozstrzygnął się już w pierwszym meczu, kibicie Alavés doczekali się w końcu zwycięstwa na swoim stadionie i to 3-0. W rewanżu porażka 2-1, ale pewny awans do półfinału. Tam trzeba przyznać mieli szczęście w losowaniu, bo faworyci, Barcelona i Liverpool trafili na siebie, im trafiło się Kaiserslautern (wtedy jeszcze licząca się drużyna). Na tym poziomie rozgrywek takie numery się nie zdarzają. A jednak – Alavés w dwumeczu pokonało Niemców 9-2!!! U siebie 5-1, na wyjeździe 4-1!

I w końcu finał, który okazał się absolutnie niezwykłym widowiskiem. Do dziś nie mogę odżałować, że po tym, jak Liverpool szybko wbił im dwie bramki, stwierdziłem, że jest po zabawie i przestałem oglądać. Jak bardzo się myliłem możecie zobaczyć sami:

Po takim meczu obie drużyny powinny dostać ten puchar. Nawet nie chcę myśleć, jak musiał się czuć obrońca Delfi Gelí, autor tego samobója 5 minut przed końcem dogrywki. Wtedy jeszcze obowiązywała zasada „złotego gola”, więc był to automatycznie koniec meczu. To chyba najsmutniejszy złoty gol w historii. Ciekawe, czy zwróciliście uwagę na filmiku, kto grał w Alavés z numerem drugim? Wygląda na to, że obecność tego gracza jest gwarantem niezapomnianych emocji ;-) Tak jak całkiem po ludzku było mi szkoda Getafe, tak samo mi szkoda, że to jednak nie Alavés wygrało. Finał Pucharu UEFA to największy sukces w dziejach klubu. Dziś broni się przed spadkiem do trzeciej ligi.