Wśród wielu dowcipów o Chucku Norrisie był też taki, jak to słynny twardziel pokonał Michaela Jordana w grze 1 na 1. Grając w butach narciarskich i z kebabem w ręku. I mniej więcej z taką skalą trudności mieli wczoraj do czynienia gracze Getafe, którzy jednak Chuckiem Norrisem nie są. Nawet grając w pełnym składzie ich zadanie wydawało się mission impossible, więc kiedy sędzia pokazał czerwoną kartkę ich zawodnikowi już w 6. minucie, przyznaję uczciwie, pomyślałem że po meczu.
I moje szczęście, że zostałem przed odbiornikiem, kto nie widział – niech żałuje, bo ominął go najbardziej emocjonujący spektakl w tym sezonie. Żadna tam obrona Częstochowy, zamiast bardziej bezpiecznego wariantu, czyli zdjęcia napastnika i wprowadzenia obrońcy (bo kartkę dostał obrońca) żeby bronić dającego im awans 0-0, trener gospodarzy Michael Laudrup postanowił po prostu zignorować fakt, że grają w osłabieniu. I choć trudno w to uwierzyć, tak to wyglądało. Gdyby ktoś włączył mecz po incydencie z wykluczeniem piłkarza gospodarzy, nie zorientowałby się, że grają oni w dziesięciu. A naprzeciw nich Bayern, który w tym składzie mógłby grać o półfinał, ale Ligi Mistrzów.
Żeby sprawa była jeszcze bardziej beznadziejna, po 20 minutach kontuzji doznał szybki Ikechukwu Uche (przyszedł przed sezonem z Recreativo). I na przekór wszystkiemu Getafe strzela gola (znowu „rumuński internacjonał” Contra), nie pozwalając na to samo groźnemu rywalowi. Co więcej, sami stwarzają okazje do podwyższenia rezultatu.
Cóż to byłaby za wspaniała historia, gdyby im się udało dotrwać do końca. Nie udało się, ale dopiero w tym momencie nastąpiła najbardziej niesamowita część wieczoru. Getafe po golu straconym w przedostatniej minucie wydawało się przegrane, piłkarzy łapały skurcze ze zmęczenia, dogrywka miała być już tylko egzekucją. Nie wiem co im trener Laudrup powiedział, jakich czarów użył, ale to jego drużyna w pierwszych trzech minutach dogrywki trafiła dwa razy. Bayern wydawał się znokautowany i nacierał jakoś tak bez przekonania.
Było już tak pięknie, aż tu nagle… katastrofa. Największa gwiazda Getafe, jeśli można tak powiedzieć, bramkarz Roberto Abbondanzierri, zwycięzca nagrody dla najlepszego bramkarza Primera Division (Trofeo Zamora) w sezonie 2006/07, reprezentant Argentyny, (bronił na mundialu w Niemczech), taki pewniak pięć minut przed końcem podarował gola Toniemu z Bayernu. A Bayern uwierzył. Kiedy w ostatniej minucie dogrywki padła bramka (znowu po błędzie bramkarza) poczułem jakby to mnie osobiście ktoś kopnął w brzuch. Getafe i tak osiągnęło w Europie więcej niż ktokolwiek się spodziewał. Gloria victis!
Opublikował/a Gospodarz