No i stało się, co miało się stać – Barcelona zagra z Manchesterem o finał Ligi Mistrzów. Sensacji nie było, ManU bez wysiłku dokonał formalności (choć mogło być jeszcze ciekawie, gdyby de Rossi trafił tego karnego), a Barca rażąc nieporadnością i tak wygrała z Schalke. Za dwa tygodnie pierwszy mecz półfinałowy. Czy do tego czasu Frank Rijkaard jest w stanie coś zmienić? Czy perfekcyjnie naoliwiona maszyna Aleksa Fergusona nadal będzie funkcjonować bez zarzutu, mimo intensywnej eksploatacji? Już nie mogę się doczekać tej konfrontacji.
„Na dzień dzisiejszy” z obozu Katalończyków płyną wieści nie napawające optymizmem fanów FCB. Podobno klub ukrywa faktyczne powody nieobecności Ronaldinho i Deco na boisku, wersja oficjalna głosi że to przez kontuzje, nieoficjalna – że chodzi o względy dyscyplinarne (podziękowania dla vixo za zwrócenie na to uwagi). Najwyraźniej panuje tam niezły chaos informacyjny i chyba w ogóle słowo chaos byłoby najlepsze do opisu sytuacji. Ciekawe, czy zawodnicy którzy wybiegną przeciwko MU będą w stanie się od tego zdystansować i pokazać, że plotki o końcu tego zespołu są jednak przesadzone. W lidze też nie bardzo mogą odpuścić, bo chociaż Real jest już prawie na pewno poza zasięgiem, to walka o drugie miejsce będzie do końca. A stawka jest niebagatelna bo konieczność grania w eliminacjach do LM może podkopać plan wakacyjnych przygotowań i tourne po Azji czy innych futbolowo egzotycznych rejonach (ale intratnych marketingowo).
Sytuacja w Manchesterze jest zdecydowanie bardziej komfortowa, co nie znaczy, że sielankowa. Sielankę popsuł symbol średniactwa w lidze angielskiej, który nawet w nazwie ma „średniość”, czyli Middlesborough, remisując z faworytem 2-2. Oznacza to, że przewaga nad Chelsea zmalała do trzech punktów, a w perspektywie jeszcze mecze z Arsenalem (już w ten weekend) i właśnie z Chelsea. Szczególnie niefartownie dla MU wypada ten drugi pojedynek, bo akurat między jednym półfinałem LM a drugim. Z drugiej strony rywale przecież w tym samym czasie grają swój półfinał, więc nie będą bardziej wypoczęci. Sprawa wydaje się prosta – jeśli podopieczni Fergusona wytrzymają kondycyjnie walkę na dwóch frontach, powinni zagrać w finale. Uraz Vidicia nie jest taki groźny i powinien on niedługo wrócić, Ferdinandowi też jednak nic się nie stało, reszta drużyny jakoś się trzyma i mogą dokonać czegoś naprawdę wielkiego. Ostatnią drużyną, która potrafiła zdobyć tytuł mistrza swojego kraju i wygrać Ligę Mistrzów była… Barcelona.
Opublikował/a Gospodarz