W poprzednim wpisie podzieliłem się sugestią, że grające we wtorek drużyny mają łatwiejszą drogę do finału. Teraz będzie więc o tych, którzy mają mocniej pod górkę. Najbardziej dotyczy to oczywiście Liverpoolu i Arsenalu, które w nagrodę za zwycięstwo w wyniszczającym boju otrzymają półfinał z Chelsea. Złośliwy traf sprawił, że drużyny Wengera i Beniteza zagrają ze sobą trzy razy z rzędu, dwa razy w LM, a w przerwie, dla urozmaicenia w lidze. Ta sytuacja działa na korzyść The Reds. Oni w Premier League nie walczą już o nic, w ostatniej kolejce pokonali bezpośredniego rywala do czwartego miejsca (Everton) i na sześć kolejek do końca, mają nad nim 5 punktów przewagi. Do lidera tracą, bagatela 14 punktów, z Pucharu Anglii odpadli z outsiderem z drugiej ligi, jednym słowem – nuda.
Co innego Arsenal. Oni walczą na dwóch frontach, tytuł, choć się oddalił, ciągle jest możliwy (6 meczów, 2 przeciwników trudnych: wspomniany Liverpool i MU, 1 średni: Everton, 3 przeciwników słabszych: Reading, Derby, Sunderland). Psychika jak wiadomo odgrywa olbrzymią rolę, a to jak zespół podniósł się w meczu z Boltonem od 0-2 do 3-2 grając w dziesiątkę po prostu musi im dać pozytywnego kopa. Bardzo potrzebnego po zadyszce i 5 meczach bez zwycięstwa w lidze. Ale i tak to oni będą mieli trudniej. Czy to znaczy, że polegną? Niekoniecznie, bo w tej konfrontacji może się wydarzyć wszystko, a jedyne, czego można być pewnym to intensywność gry, więc lepiej przygotować sobie coś do picia/jedzenia wcześniej, bo nie będzie jak odejść od odbiornika
Tymczasem powolutku, po cichutku, podopieczni Avrama Granta skradają się do półfinału. Mieli, tak jak Barcelona, duże szczęście w losowaniu LM. Celtic i Schalke oraz Olympiakos i Fenerbahce to zespoły które mogłyby nie wyjść z grupy i nikt by tego nawet nie zauważył. Mieszanka turecko-brazylijska nie powinna być problemem dla Chelsea. A więc półfinał a tam, kto wie może znowu Liverpool? Nie mam żadnych argumentów (bo przecież to byłby zupełnie nowy mecz), a jedynie silne przeczucie, że tym razem to niebiescy byliby górą. A w finale z kimkolwiek by zagrali, na pewno nie są straconej pozycji. Cóż to byłaby za ironia losu, gdyby osiągnął to właśnie Avram Grant, człowiek bez charyzmy, który zastąpił Jose „Jestem Symbolem Sukcesu” Mourinho!