Ćwierćfinały LM – dzień drugi

wtorek, 1 kwiecień 2008

W poprzednim wpisie podzieliłem się sugestią, że grające we wtorek drużyny mają łatwiejszą drogę do finału. Teraz będzie więc o tych, którzy mają mocniej pod górkę. Najbardziej dotyczy to oczywiście Liverpoolu i Arsenalu, które w nagrodę za zwycięstwo w wyniszczającym boju otrzymają półfinał z Chelsea. Złośliwy traf sprawił, że drużyny Wengera i Beniteza zagrają ze sobą trzy razy z rzędu, dwa razy w LM, a w przerwie, dla urozmaicenia w lidze. Ta sytuacja działa na korzyść The Reds. Oni w Premier League nie walczą już o nic, w ostatniej kolejce pokonali bezpośredniego rywala do czwartego miejsca (Everton) i na sześć kolejek do końca, mają nad nim 5 punktów przewagi. Do lidera tracą, bagatela 14 punktów, z Pucharu Anglii odpadli z outsiderem z drugiej ligi, jednym słowem – nuda.

Co innego Arsenal. Oni walczą na dwóch frontach, tytuł, choć się oddalił, ciągle jest możliwy (6 meczów, 2 przeciwników trudnych: wspomniany Liverpool i MU, 1 średni: Everton, 3 przeciwników słabszych: Reading, Derby, Sunderland). Psychika jak wiadomo odgrywa olbrzymią rolę, a to jak zespół podniósł się w meczu z Boltonem od 0-2 do 3-2 grając w dziesiątkę po prostu musi im dać pozytywnego kopa. Bardzo potrzebnego po zadyszce i 5 meczach bez zwycięstwa w lidze. Ale i tak to oni będą mieli trudniej. Czy to znaczy, że polegną? Niekoniecznie, bo w tej konfrontacji może się wydarzyć wszystko, a jedyne, czego można być pewnym to intensywność gry, więc lepiej przygotować sobie coś do picia/jedzenia wcześniej, bo nie będzie jak odejść od odbiornika ;-)

Tymczasem powolutku, po cichutku, podopieczni Avrama Granta skradają się do półfinału. Mieli, tak jak Barcelona, duże szczęście w losowaniu LM. Celtic i Schalke oraz Olympiakos i Fenerbahce to zespoły które mogłyby nie wyjść z grupy i nikt by tego nawet nie zauważył. Mieszanka turecko-brazylijska nie powinna być problemem dla Chelsea. A więc półfinał a tam, kto wie może znowu Liverpool? Nie mam żadnych argumentów (bo przecież to byłby zupełnie nowy mecz), a jedynie silne przeczucie, że tym razem to niebiescy byliby górą. A w finale z kimkolwiek by zagrali, na pewno nie są straconej pozycji. Cóż to byłaby za ironia losu, gdyby osiągnął to właśnie Avram Grant, człowiek bez charyzmy, który zastąpił Jose „Jestem Symbolem Sukcesu” Mourinho!


Ćwierćfinały LM – dzień pierwszy

wtorek, 1 kwiecień 2008

Dziś pierwsze dwie konfrontacje ćwierćfinałowe w Lidze Mistrzów. Nie ma się co oszukiwać, znacznie ciekawiej zapowiada się mecz w Rzymie. I od tego zacznę. Można marudzić, że w LM ciągle grają ze sobą te same zespoły, ale dzięki temu zawsze są jakieś podteksty, czy rachunki do wyrównania. Z takim przypadkiem mamy tu do czynienia. Przegrać 7-1 to jednak jest masakra, tym bardziej na tym poziomie. Nawet jeśli trenerowi Spalettiemu udało się to zawodnikom wybić dawno z głowy, to i tak media przypomną, bo było to wydarzenie, które nie zdarza się co dzień. Nawet jeśli Besiktas przegrał w tym sezonie z Liverpoolem 8-0, to kto o tym pamięta? Tak dla porządku przywołam jeszcze pojedynek z sezonu 2003/04 między Monaco a Deportivo, który zakończył się niebanalnym wynikiem 8-3. Oba kluby niestety popadły od tamtego czasu w przeciętność i myślą raczej jak tu nie spaść do drugiej ligi niż o podboju Europy.

Ale wróćmy do dzisiejszego meczu. Drużyna Aleksa Fergusona demoluje w swojej lidze kogo tylko napotka na swej drodze. Gracze Luciano Spalettiego zanotowali ostatnio bolesną porażkę w derbach Rzymu (tracąc bramkę na 3-2 w ostatniej minucie), pokonali skromnie Empoli 2-1 i w ostatniej kolejce zaledwie remis ze słabiutkim Cagliari – krótko mówiąc – nie zachwycają. Ale za sprawą równie słabo, albo jeszcze słabiej grającego ostatnio Interu, ciągle mają szansę na tytuł. Co wynika z tej analizy formy w ligach? Ano nic. To tylko dwa mecze, żaden tam trud całego sezonu, nie pomogą kłopoty rywali z tabeli. Dwa mecze dwóch drużyn bardzo spragnionych sukcesu w Europie (Manchester czeka na puchar od 1999, w przypadku Romy to byłby pierwszy raz, Pucharu Miast Targowych nie liczę). I chyba obie zdają sobie sprawę, że są w łatwiejszej połówce drabinki prowadzącej do finału w Moskwie.

Tym sposobem przechodzimy do drugiej dzisiejszej pary. Zdecydowanie najsłabszy zespół z ośmiu, które zostały w grze czyli Schalke 04 kontra zdołowana Barcelona. Liga Mistrzów to ostatnie rozgrywki, jakie jeszcze może wygrać Blaugrana, więc teoria mówi, że powinni gryźć trawę na Arena auf Schalke, ale atmosfera w zespole jest fatalna, trener na wylocie, niektóre gwiazdy szukają nowego pracodawcy (Ronaldinho, Deco), albo już praktycznie znalazły (Zambrotta), nie wiadomo co będzie dalej z połową składu. Na razie los im pomaga, żeby dojść do półfinału nie muszą pokonać nikogo naprawdę mocnego. Dla Schalke sama obecność w ósemce to znacznie więcej, niż ktokolwiek oczekiwał. Tak na dobrą sprawę, gdyby nie zapaść Valencii, która dwa razy dała się ograć Rosenborgowi, nawet nie wyszliby z grupy. Jeśli ten zespół ma coś znaczyć w przyszłości, Gazprom musi wpompować znacznie więcej niż do tej pory. Nie zmienia to faktu że mają być może największą szansę pokonać Barcę właśnie teraz, kiedy ta jest, jak na siebie, naprawdę słaba. Czy im się uda? Mimo wszystko nie wierzę.

Faworytem półfinału będzie zwycięzca pary Roma – MU. Ale oglądamy te mecze w kółko właśnie dlatego, że za każdym razem to osobna historia, często z zaskakującym zakończeniem. A na półfinały ma wrócić Messi…