Kiedy już wydawało się, że końcówka ligi hiszpańskiej będzie nudna i w zasadzie wszystko wiadomo, zaczęły dziać się cuda. Przewaga Realu nad Barceloną skakała od dwóch do ośmiu punktów, przed ostatnią, 30. kolejką zatrzymując się na czterech. I znów wszystko było możliwe, tym bardziej, że siódmego maja obie drużyny spotkają się na Bernabeu w ramach 36. kolejki. Zapowiadała się pasjonująca walka, tym bardziej, że w drugiej połowie sezonu i jedni i drudzy dalecy są od stabilnej formy. Po obejrzeniu wczorajszego meczu Barcy z Betisem czar prysł. Nie był to wypadek przy pracy, bo to się może zawsze przytrafić – to była kolejna odsłona dramatu, który rozgrywa się już od dłuższego czasu, przerywany jedynie spektakularnymi tryumfami nad słabeuszami u siebie (5-1 z Levante w 25. kolejce i 4-1 z Valladolid w 29. kolejce).
A przecież miało być tak pięknie: fantastyczne transfery przed sezonem, żadnych ekstrawagancji, oprócz Henry’ego przyszli zawodnicy defensywni, żadne obiecujące talenty tylko sprawdzeni fachowcy, którzy mieli zagwarantować spokój pod własną bramką. Nikt z kluczowych graczy nie odszedł. Bukmacherzy jednogłośnie stawiali na Barcę, jako faworyta rozgrywek Ligi Mistrzów, w lidze hiszpańskiej też wydawało się, że Real ze swoja chaotyczną polityką transferową nie da rady, przyszłość była jasna.
Jak pogodzić dwa dogmaty współczesnej piłki – że trzeba mieć szeroką kadrę złożoną z bardzo dobrych graczy, aby skutecznie walczyć na wielu frontach oraz że za dużo gwiazd w drużynie to murowany przepis na klapę – oto jest pytanie. Najwyraźniej nie potrafi na nie odpowiedzieć trener Katalończyków, bo ma do dyspozycji najlepszych muzyków, a jego orkiestra brzmi mniej więcej tak:
Dlaczego piszę o trenerze, a nie o zawodnikach? Bo oglądając mecze z Almerią, Villarrealem, Atletico czy ten ostatni, z Betisem, rzuca się w oczy nie brak umiejętności, ale brak „instynktu zabójcy”. Z Atletico Barca prowadziła po bramce sezonu Ronaldinho…
aby potem odpuścić i dać sobie wbić 4 (słownie: cztery) gole. Z nienajmocniejszą przecież Almerią prowadziła dwa razy, żeby dać sobie wydrzeć zwycięstwo, między innymi za sprawą byłego gracza Wisły Kraków, Kalu Uche – już samo to mówi o sile przeciwnika. Z Villarrealem grając u siebie dała się zdominować rywalowi w walce o tytuł, lub przynajmniej o miejsce gwarantujące występy w Lidze Mistrzów bez kwalifikacji. Rywalowi, który jest owszem, dobry, ale gdzie im do gwiazd Blaugrana. No i mecz z Betisem, który może być symbolem całego sezonu Barcy – niby jest kosmiczny futbol, dominacja w posiadaniu piłki, są olśniewające zagrania, są bramki, a potem wygląda to tak, jak gdyby zespół wyłączał determinację i grał tylko dlatego, że mecz musi trwać 90 minut.
Nie ma tego ognia, który nie pozwoliłby przeciwnikom nawet myśleć o przejęciu inicjatywy, nie mówiąc o chwilach, kiedy stojący na straconej pozycji słabeusz dostrzega, że nie taki diabeł straszny i zaczyna naprawdę wierzyć, że może mu się udać. To jest zazwyczaj przełomowy moment meczu. Faworyt z myśliwego staje się zwierzyną i ma autentycznie przechlapane. Bo takiej adrenaliny, takiego, mówiąc ładnie po polsku, powera daje tylko szansa na przejście do lokalnej historii, szansa na zwycięstwo lub nawet remis z naprawdę wielką firmą. Coś, co kibice zapamiętają znacznie dłużej niż 3 punkty w starciu z, przykładowo, Racingiem Santander.
To rolą trenera jest odpowiednie przygotowanie mentalne, żeby do takiej sytuacji nie dopuścić. W tym sezonie to Rijkaardowi nie wychodzi, podobnie z resztą jak w końcówce poprzedniego. I nie ma żadnych podstaw sądzić, że zmieni się to w przyszłości. Dlatego nawet jeśli jakimś cudem Barca wygra w tym sezonie Ligę Mistrzów, lub, co jeszcze mniej prawdopodobne, ligę hiszpańską, Frank Rijkaard musi odejść.