Czas na półfinały

wtorek, 22 kwiecień 2008

Jeśli prawdą jest, że lepiej nie łączyć rywalizacji na szczeblu krajowym z europejskimi pucharami, to Barcelona jest po weekendzie o krok bliżej wygrania Ligi Mistrzów niż Manchester i Chelsea. Liverpool czai się już tylko na to trofeum i liga angielska go nie interesuje, więc pozycja drużyny z Anfield wydaje się niezmiennie dobra. Tydzień temu wydawało się, że już wszystko wiadomo, ManU mistrzem, Chelsea wice i można spokojnie koncentrować się na półfinałach LM. A tymczasem nie walczące już kompletnie o nic Blackburn postanowiło napsuć krwi faworytowi z Manchesteru, który ledwo uratował punkt w ostatnich minutach. I wcale Aleks Ferguson nie wystawił rezerwowego składu, wręcz przeciwnie, zagrali Ci, którzy prawdopodobnie zameldują się w pierwszej jedenastce we środę na Camp Nou (przynajmniej większość).

W ogóle sytuacja jest paradoksalna. O najważniejsze trofeum w klubowej piłce biją się cztery drużyny, spośród których trzy mają poważne kłopoty. W Chelsea wrze od odejścia Mourinho, Liverpool ma kłopot z władzami. O Barcelonie pisze się ostatnio wyłącznie w kontekście kolejnych rozczarowań i rozpadu drużyny. Patrząc z tej perspektywy, murowanym faworytem powinien być Manchester, istna oaza spokoju w tym towarzystwie. I byłby, gdyby nie Blackburn. Jakże wspaniale musi smakować zwycięstwo w lidze wyszarpane z największym trudem, w ostatniej chwili, kiedy wydawało się to już niemożliwe. Zawodnicy Chelsea właśnie poczuli jego obietnicę, faworyt się potknął, pościg przyspieszył, rozpoczęło się polowanie. Zamiast na jednym, obie drużyny walczą znowu na dwóch frontach.

Z tego zestawienia wynikałoby, że stosunkowo najmniej problemów ma Liverpool. Być może. Ale wszystkie analizy, łącznie z tą, będą bez znaczenia w momencie kiedy zacznie się wtorkowy i środowy mecz. Każda z czterech drużyn ma potencjał żeby wygrać. Nie wierzę w brak motywacji. Tak się tworzy historię (który piłkarz o tym nie marzy?) i załatwia lepsze kontrakty (jak wyżej). Kiedy będą już znane wyniki pojawią się głosy, że tak właśnie musiało być, bo przecież XYZ. Ale najlepszy czas jest właśnie teraz, kiedy tego nie wiemy. Przyjemnego oglądania!


Niesamowity Tim Duncan

niedziela, 20 kwiecień 2008

To miała być najciekawsza para pierwszej rundy i już pierwszy mecz w rywalizacji San Antonio i Phoenix dostarczył nie lada emocji. Musicie to zobaczyć:

Konia z rzędem temu, kto przewidziałby taki koniec tej akcji. Nie byle jakiej akcji gdzieś w środku meczu, kiedy drużyna ma bezpieczną przewagę i można sie wygłupiać. To był koniec pierwszej dogrywki a Spurs przegrywali 3 punktami. Gdyby to nie wpadło, przegraliby arcyważny pierwszy mecz u siebie. Dodatkowym smaczkiem jest fakt, że to to był pierwszy (tak: pierwszy!) rzut Duncana za trzy w całym sezonie. To czy ta akcja miała tak wyglądać, czy był to efekt desperacji Ginobiliego nie ma teraz żadnego znaczenia. Be history or make history. Spurs rozpoczęli od tworzenia historii. Ten rzut idealnie pasuje jako reklama ligi “where amazing happens”.

A gracze Phoenix już mieli zwycięstwo w garści. Przez cały mecz prowadzili, tuż przed końcem czwartej kwarty też mieli 3 punkty przewagi, ale Finley doprowadził do remisu. Grali ostatnią akcję i nie dali rady trafić. To samo w ostatnich sekundach pierwszej dogrywki po rzucie Duncana. Znowu nie zdołali zadać decydującego ciosu. Spurs dostali jedną taką szansę na koniec drugiej dogrywki i wygrali mecz 117-115. Duncan 40 punktów, 15 zbiórek.  Jak to mówią, don’t ever underestimate the heart of a champion!

Więcej o meczu na stronie NBA. Poza tym Przekonujące zwycięstwo NO Hornets nad Dallas 104-92 i 35 punktów Chrisa Paula w debiucie w playoffs. Utah Jazz już w pierwszym meczu złamali Houston i wygrali w Teksasie 93-82. Cleveland u siebie pokonali Wahington 93-86. Dziś startują pozostali.


Przed playoffami w NBA. Część druga: Zachód

piątek, 18 kwiecień 2008

Dawno nie było tak wyrównanej walki i wysokiego poziomu. Trzeba było wygrać aż 50 spotkań, żeby w ogóle znaleźć się w playoffach. Dla porównania na Wschodzie wystarczyło 37. Jeśli chodzi o skład to tylko jedna zmiana, New Orleans Hornets zamiast Golden State Warriors. Mało brakowało, a obie konferencje wygrałyby drużyny, które w poprzednim sezonie nawet nie awansowały do post-season. Dopiero na ostatniej prostej NO Hornets dali się wyprzedzić Lakersom. W dole tabeli bez niespodzianek. W przyszłym sezonie trzeba będzie uważać na Portland bo nawet bez swojego asa Grega Odena wygrali 41 meczów. W czołówce tłok, zwycięzcy konferencji mają tylko o 7 meczów wygranych więcej niż ósma drużyna. Ostatecznie w pierwszej rundzie zagrają LA Lakers z Denver, NO Hornets z Dallas, San Antonio z Phoenix i Utah z Houston. Ale po kolei:

LA Lakers ( 1 ) – Denver ( 8 )

O waleczności Iversona nikogo przekonywać nie trzeba, Carmelo Anthony i Markus Camby to też chłopaki, z którymi lepiej nie zadzierać, ale Lakers mają szerszy skład i MVP sezonu. Po kilku latach chudych są spragnieni sukcesu a efektowny finisz sezonu regularnego na pewno doda im skrzydeł. I pomyśleć że przed startem rozgrywek Kobe chciał odejść. A tu okazało się, że partnerzy grają świetny sezon, a po transferze Gasola są jeszcze mocniejsi. Myślę, że Denver tanio skóry nie sprzeda, ale wygrają Lakers. Mój typ: 4-1 dla Lakers.

New Orlean ( 2 ) – Dallas ( 7 )

Debiut Hornets w playoffach od czasu przenosin na Zachód mógł być bardzo mocny, o mały włos nie zajęli pierwszego miejsca. Ale kiepska końcówka sezonu regularnego może podkopać ich morale. Zobaczymy jak mocne nerwy mają Chris Paul, Tyson Chandler i pozostali zawodnicy rewelacji sezonu. Dallas ma coś do udowodnienia po ubiegłym sezonie, kiedy to startując z jedynką dali się ograć rozstawionym z ósemką Golden State. Chyba jednak doświadczenie weźmie górę i dalej zagrają Mavericks. Mój typ: 4-2 dla Dallas.

San Antonio ( 3 ) – Phoenix ( 6 )

Najciekawsza para pierwszej rundy i szansa do rewanżu za ubiegły rok, kiedy w półfinale Zachodu lepsi byli Spurs. Mistrzowie NBA w tym sezonie również są piekielnie mocni i zdają się nie przejmować walką o lepsze rozstawienie. Rok temu tez startowali z trzeciej pozycji i wygrali całą ligę. Teraz też bardzo ciężko będzie ich pokonać. Phoenix specjalnie na ten pojedynek sprowadzili Shaqa (choć pewnie nie spodziewali się, że przyjdzie im się zmierzyć z San Antonio już w pierwszej rundzie). Każdy inny przeciwnik byłby w zasięgu Nasha i spółki. Każdy, ale nie ten. Mój typ: 4-2 dla San Antonio (i obym się mylił).

Utah ( 4 ) – Houston ( 5 )

Rok temu obie drużyny spotkały się w identycznych okolicznościach. Wtedy po dramatycznej walce Jazz wygrali mecz nr 7 w Houston i awansowali dalej. Tym razem graczom Jerry’ego Sloana powinno być łatwiej, bo kontuzje ma Yao Ming. Z drugiej jednak strony Houston zanotowało słynną serię 22 zwycięstw, w większości bez chińskiego środkowego i widać było, że zespół dostał skrzydeł. Tylko czy to wystarczy i Tracy McGrady w końcu przejdzie pierwszą rundę? Przypuszczam, że nie. Mój typ: 4-2 dla Utah.

A na deser kilka spektakularnych akcji z dawnych i mniej dawnych playoffów:

Miłego weekendu :-)


Przed playoffami w NBA. Część pierwsza: Wschód

czwartek, 17 kwiecień 2008

Zdecydowanie słabsza konferencja a w niej dwie najlepsze drużyny sezonu regularnego, Boston i Detroit. Niewątpliwie wpływ na tak dużą liczbę zwycięstw tych drużyn miał fakt, że większość pojedynków toczyli właśnie z rywalami ze Wschodu. O słabości konferencji niech świadczy fakt, że dziewiąta drużyna na Zachodzie, Golden State Warriors, nie zakwalifikowała się do najlepszej ósemki, bo miała tylko 48 zwycięstw. Na Wschodzie dałoby im to czwarte miejsce. Wśród ośmiu najlepszych drużyn sporo niespodzianek. Nie ma półfinalistów konferencji z poprzednich rozgrywek Chicago Bulls ani New Jersey Nets, nie wspominając o totalnej implozji Miami Heat. W ich miejsce Philadelphia, Atlanta i Washington. Nie mogą się podnieść New York Knicks i Indiana Pacers, niegdyś dostarczyciele niezapomnianych emocji. Dokładną tabelę sezonu regularnego możecie zobaczyć tutaj.

W pierwszej rundzie zmierzą się więc Boston z Atlantą, Detroit z Philadelphią, Orlando z Toronto i Cleveland z Washington. Przyjrzyjmy się bliżej tym parom.

Boston ( 1 ) – Atlanta ( 8 )

Dziwna ta NBA. W jeden sezon można zbudować drużynę, która z outsidera staje się najlepszym zespołem ligi. 66 zwycięstw w sezonie regularnym to imponujący wynik, więcej w „nowożytnej” historii mieli tylko LA Lakers w 2000 roku (67) i Chicago Bulls w 1996 (72). Obie te drużyny sięgały wtedy po tytuł. Na Garnecie i spółce ciąży spora presja oczekiwań. Pokazali już że są mocni, wygrywając kilka prestiżowych pojedynków z faworytami Zachodu. Ale prawdziwa próba dopiero nadejdzie. Oczywiście nie z Atlantą, ich rola w playoff ograniczy się do udziału. Choć mecz mogą urwać. Mój typ: 4-1 dla Bostonu.

Detroit ( 2 ) – Philadelphia ( 7 )

Wszyscy mówią o Bostonie, a tymczasem podopieczni trenera Flipa Saundersa mają drugi najlepszy bilans w całej lidze. Są zgrani, piekielnie mocni fizycznie, znakomici w obronie i mają zbilansowany atak. Mają tez coś, co Boston musi dopiero udowodnić, czyli instynkt zabójcy. Będą chcieli zachować jak najwięcej sił na później, żeby ich nie zabrakło w najważniejszym momencie, jak w zeszłym sezonie. Philadelphia już dała z siebie maksimum kwalifikując się do ósemki. Nic tutaj nie zdziałają. Mój typ: 4-0 dla Detroit.

Orlando ( 3 ) – Toronto ( 6 )

To może być ciekawa rywalizacja. Faworytem jest zespół z Florydy. Świetny sezon ma Dwight Howard (najlepiej zbierający NBA, do tego ponad 20 punktów na mecz), błyszczy tez Hedo Turkoglu. W Kanadzie świetnie radzi sobie Chris Bosh, który zdobywa średnio ponad 22 punkty w meczu, a Jose Calderon ma najlepszy w lidze stosunek asyst do strat. Który z nich zrobi różnicę? Myślę, że dalej będą grać Magic, ale solidnie się namęczą. Mój typ: 4-2 dla Orlando.

Cleveland ( 4 ) – Washington ( 5 )

LeBron pokazał już nie raz, że jest w stanie sam wygrywać pojedyncze mecze, ale w zeszłorocznych finałach potwierdziło się, że to za mało, że na gwałt potrzeba mu dobrych partnerów. W przerwie zimowej przyszli więc Ben Wallace i Wally Szczerbiak, ale na razie efekty są, delikatnie mówiąc, mizerne. Ostatni moment, żeby się przebudzić, bo team ze stolicy jest nieobliczalny i przy odrobinie szczęścia, mógłby wyrzucić Kawalerzystów za burtę. Mój typ: 4-3 dla Cleveland.

Na koniec bonus: jest rok 1995, końcówka pierwszego półfinału Wschodu, w Nowym Jorku Knicks podejmują Indianę. 18 sekund do końca, przewaga 6 punktów dla Knicks. A wtedy…

Reggie Miller i jego Pacers wygrali ten mecz i całą porywającą rywalizację 4-3. Dokładny przebieg playoff z tamtego niezapomnianego sezonu znajdziecie tutaj. Czy w tym roku doczekamy się takich emocji na Wschodzie? W pierwszej rundzie śmiem wątpić, ale potem, szczególnie w finale, kto wie?


Największe rozczarowanie sezonu

Środa, 16 kwiecień 2008

Komu należy się ten zaszczytny tytuł w europejskiej piłce? Na pewno nie zespołom Derby County czy Levante, które w swoich ligach okupują co prawda ostatnie miejsca, ale to żadna sensacja. Chodzi mi raczej o zespoły, które osiągnęły znacznie mniej, niż wskazywałby na to ich potencjał. Oto mój subiektywny ranking.

Miejsce 5: Tottenham Hotspur

Londyńczycy zapracowali co prawda na opinię klubu, który z każdego wybitnego gracza może zrobić przeciętniaka, ale tym razem miało być inaczej. Mieli w końcu naprawdę skutecznego napastnika (Berbatova), a także reprezentantów Anglii (fakt, że ten tytuł się trochę zdewaluował w ostatnim czasie, ale ciągle to nie byle co): Ledleya Kinga, Jermaina Jenasa, Aarona Lennona czy Darrena Benta. Do tego wypada dodać super zdolnego Walijczyka Garetha Bale’a. Ale przede wszystkim mieli w końcu trenera z prawdziwego zdarzenia – Juande Ramosa, który przyszedł pod koniec października z Sevilli, po zdobyciu z nią dwa razy Pucharu UEFA i zakwalifikowaniu się do Ligi Mistrzów. Tego właśnie oczekiwano, a przynajmniej zbliżenia się do „wielkiej czwórki”. Na razie jest 11 miejsce w tabeli i 27 punktów straty do czwartego Liverpoolu. Ale za rok w Pucharze UEFA znowu zagrają, udało im się jednak coś wygrać – Puchar Ligi. Mają też na koncie najlepszy mecz sezonu w Anglii: 4-4 z Chelsea. Trochę to jednak za mało jak na możliwości.

Miejsce 4: AC Milan

Zwycięzca Ligi mistrzów z ostatniego sezonu nie obroni trofeum, a może nawet nie zagrać w następnej edycji. O mistrzostwie kraju nie ma mowy już od dawna, jest walka o czwarte miejsce. W lidze grają przez cały sezon średnio lub słabo, do liderującego Interu tracą na pięć kolejek przed końcem 23 punkty. Zdarzało im się przegrać u siebie z takimi potęgami jak Empoli czy Atalanta, a z 16 rozegranych do tej pory meczów w roli gospodarza, wygrali raptem 5, 7 razy remisując i 4 razy przegrywając. Pierwsze zwycięstwo u siebie odnieśli dopiero w dziewiątym meczu! Właściwie tylko dzięki słabości Serie A wciąż mają szanse na grę w LM. Przyjęło się uważać, że Milan specjalnie ignoruje rozgrywki krajowe, aby skupić się na olśniewaniu Europy. Nie tym razem. Wygrać grupę, w której były jeszcze Benfica, Celtic i Szachtar Donieck to raczej obowiązek niż sukces. Na pierwszej poważnej przeszkodzie, Arsenalu, już się przewrócili. Czy upadłe gwiazdy Shevchenki i Ronaldinho przywrócą blask rossonerim? Wcale niewykluczone, ale ten sezon, nawet jeśli uda się awansować do Ligi Mistrzów, to dla AC Milan porażka.

Miejsce 3: FC Barcelona

Gwiazdozbiór, jakiego piłkarski świat dawno nie widział, „fantastyczna czwórka”, brak słabych ogniw, drużyna skazana na sukces w Hiszpanii i w Europie. Co prawda w Europie jeszcze mają szansę na zwycięstwo, za tydzień pierwszy półfinał LM z Manchesterem, ale to że się tam znaleźli, to raczej kwestia sporego fuksa w losowaniu, niż wybornej formy. W grupie mieli tylko jednego silnego rywala – Lyon, a oprócz tego Stuttgart i Glasgow Rangers, więc skandalem byłoby z takiej grupy nie wyjść. Udało się ją nawet przekonująco wygrać, dzięki czemu mieli większe szanse na wylosowania słabszego rywala w fazie pucharowej. Żaden z półfinalistów nie miał tak łatwej drogi do najlepszej czwórki. W lidze od razu odskoczył Real, ale było tylko kwestią czasu, kiedy zacznie gubić punkty. I gubił na potęgę, ale Barca gubiła ich jeszcze więcej. Nazwiska nie grały, tylko Eto’o i Messi prezentowali się na miarę swoich możliwości. Mimo drugiego miejsca (jak na razie) w lidze i ciągle szans na wygranie Ligi Mistrzów jednak przepaść między oczekiwaniami i potencjałem a rzeczywistością. Nawet to, co było wyróżnikiem Barcelony czyli efektowna gra, niezależnie od wyniku, w tym sezonie nie działa.

Miejsce 2: Paris Saint Germain

Być może nikt nie oczekiwał, że drużyna ze stolicy będzie walczyć o tytuł, ale to, że na pięć kolejek przed końcem będzie się znajdować na miejscu spadkowym, to jednak sensacja. Trzeba pamiętać, że grają tam przecież tacy piłkarze jak Pedro Pauleta, w poprzednim sezonie król strzelców ligi francuskiej, czy Jerome Rothen, dawny król asyst, który czarował w Lidze Mistrzów w barwach Monaco. Bernard Mendy (zaliczył 2 występy w reprezentacji Francji), czy Mario Yepes to może nie klasa światowa, ale porządni obrońcy, bramkarz Mickael Landreau to solidna firma (też grał już w reprezentacji Trójkolorowych). Trenera również mają nie byle jakiego, bo twórcę potęgi Lyonu, Paula Le Guena. Ta drużyna powinna bić się o europejskie puchary. Tymczasem zdobywa średnio 0.94 punku na mecz u siebie i 1.19 na wyjeździe. W 35 meczach tylko 30 strzelonych goli i 38 straconych. Do trzeciego miejsca, dającego prawo gry w eliminacjach do Ligi Mistrzów tracą 20 punktów. A to jeden z najbogatszych klubów w Ligue 1.

And the „winner” is… Valencia

Na początku sezonu nic nie zapowiadało katastrofy. Zespół prowadzony jeszcze przez Quique Sancheza Floresa zakwalifikował się do Ligi Mistrzów, po fatalnym pierwszym meczu sezonu (porażka z Villarrealem u siebie 0-3), wygrał kolejnych pięć potyczek w Primera Division. W LM w grupie była Chelsea, z którą mogli powalczyć, a oprócz Londyńczyków Schalke i Rosenborg, więc rywale absolutnie w zasięgu. Po koniec października zdarzyła się seria bolesnych porażek: z Sevillą 0-3 (na wyjeździe) i z Realem 1-5 (u siebie!) w lidze oraz z Rosenborgiem w LM. Wszystko to w tydzień i trener stracił pracę. Nowym szkoleniowcem został Ronald Koeman i miało być już tylko lepiej. Niestety dla sympatyków Valencii okazało się, że lepiej już było. Zespół w kompromitujący sposób odpadł z Ligi Mistrzów, zajmując ostatnie miejsce w grupie i tym samym żegnając się w ogóle w tym sezonie z europejskimi pucharami. W Primera Division początek Koemana był nawet niezły: zwycięstwa nad Mallorcą i Murcią, ale potem zaczął się zjazd po równi pochyłej, który jak na razie zakończył się na 16 miejscu w tabeli na pięć kolejek przed końcem. Zespół jest rozbity, kluczowi do niedawna zawodnicy (Canizares, Angulo) odsunięci od składu. Jedynym chyba powodem, dla którego Koeamn jeszcze pracuje, jest krótki zryw, na jaki zdobył się zespół w marcu pokonując w lidze Real w Madrycie i w półfinale Pucharu Króla Barcelonę. Finał pucharu krajowego to jedyna szansa na udział w Pucharze UEFA w przyszłym sezonie. Spadek do drugiej ligi to mimo wszystko chyba zbyt czarny scenariusz, mają 5 punktów przewagi nad 18. w tym momencie Saragossą. Walki nie o takie cele można było oczekiwać od Valencii. To moim zdaniem najbardziej bolesny upadek w tym sezonie.


Włoskie ostatki

wtorek, 15 kwiecień 2008

Jeśli chodzi o dobre ligi europejskie, to prawie wszędzie wiadomo już prawie wszystko. O dziwo najciekawsza będzie końcówka sezonu we Włoszech, co jeszcze niedawno wydawałoby się niedorzecznością.

Pięć kolejek do końca, a Inter ma tylko 4 punkty przewagi nad Romą. Obrońcy tytułu nie powinni sobie dać wydrzeć kolejnego tytułu, bo oprócz meczu z Milanem desperacko walczącym o Ligę Mistrzów, mają do rozegrania spotkania z samymi słabymi zespołami: Torino, Cagliari, Sieną i Parmą. Z drugiej jednak strony wszystkie oprócz Sieny, która jest bezpieczna, bardzo potrzebują punktów, bo znajdują się tuż nad strefą spadkową i nie będą odpuszczać. Roma z kolei musi stawić czoła Livorno, Torino, Sampdorii, Atalancie i Catanii. Z tego grona tylko Atalanta nie gra już o nic. Zarówno Inter jak i Roma w każdym meczu będą faworytem, pytanie tylko jak to zniosą. Myślę, że Inter jednak przewagę dowiezie. Bardziej by mnie ucieszyło, gdyby tryumfowała Roma, bo grają ciekawszy, bardziej ofensywny futbol, ale to nie łyżwiarstwo figurowe, tu nie ma punktów za styl.

Ciekawa będzie tez na 100% rywalizacja o czwarte miejsce między Fiorentiną a Milanem. Drużyna Carlo Ancelottiego ostatnio gra lepiej i cztery punkty straty są możliwe do zniwelowania. Wiele będzie zależało od psychiki graczy z Florencji, dla których to niepowtarzalna szansa na awans do elitarnych rozgrywek Ligi Mistrzów. Kalendarz mają całkiem łagodny, grają jeszcze z Palermo (znacznie słabszym niż przed rokiem), Sampdorią (całkiem mocną w tym sezonie, mają realną szansę na grę w Pucharze UEFA) i Parmą (broniącą się przed spadkiem) u siebie oraz z Cagliari i Torino na wyjeździe (obie drużyny walczą o utrzymanie). Milan oprócz meczów z prawdopodobnymi spadkowiczami z Livorno i Regginy, ma ciężkie mecze przed sobą: derby z Interem, wyjazd do Napoli i w ostatniej kolejce u siebie mecz z Udinese, walczącym o europejskie puchary. Wolałbym w przyszłym sezonie odpocząć od Milanu w LM, za to chętnie zobaczyłbym tam świeżą krew. Rok pokuty w Pucharze UEFA dobrze by rossonerim zrobił, wyszliby z tego mocniejsi. Zupełnie jak Bayern, który musiał spaść ze szczytu, żeby wzmocnić się naprawdę porządnie i znów mierzyć w najwyższe cele. Ale coś mi mówi, że Milan jednak do LM się doczłapie.

Na dole tabeli wciąż wszystko jest możliwe i nawet ostatnie w tym momencie Livorno ciągle może się jeszcze uratować. Parę lat temu powiększono liczbę drużyn występujących w Serie A z 18 do 20. Można śmiało powiedzieć, że był to błąd, od tego czasu liga włoska jest słabsza. Cztery dodatkowe mecze do rozegrania i dwa przeciętne zespoły więcej. Wydaje mi się, że ten sezon i emocje do końca to raczej wyjątek. Dysproporcja między kilkoma najlepszymi i najbogatszymi drużynami a resztą stawki jest olbrzymia, nie widać natomiast „klasy średniej”. Wszystkie lokaty poniżej piątego, szóstego miejsca można by w zasadzie rozlosować i nie byłoby większej różnicy. Upadłe potęgi jak Lazio (które grało w LM w tym sezonie tylko ze względu na aferę korupcyjną), czy Parma nie odstają poziomem od typowych średniaków jak Palermo czy Sampdoria. W przyszłym sezonie którakolwiek z tych drużyn może awansować do pucharu EUFA, każda może spaść.


Alavés – bohaterowie Pucharu UEFA sprzed lat

sobota, 12 kwiecień 2008

Czwartkowy ćwierćfinał Pucharu UEFA zainspirował mnie, żeby przypomnieć inny, chyba najbardziej spektakularny wyczyn w dziejach tego pucharu. Był on dziełem hiszpańskiej drużyny – Alavés (dokładniej: Deportivo Alavés Vitoria) w sezonie 2000/01. Ten mały baskijski klub w swoim debiucie w europejskich pucharach doszedł aż do finału. Ale zanim o finale, warto przyglądnąć się, co było przedtem.

Już w pierwszej rundzie pokazali, że będzie ciekawie, bo po remisie u siebie 0-0, w rewanżu wygrali z tureckim Gaziantepsporem 4-3. W drugiej rundzie trafili na norweskie Lillestrøm i znów zwycięstwo na wyjeździe 3-1, potem remis u siebie 2-2. W trzeciej rundzie ponownie rywal z Norwegii, ale znacznie mocniejszy – Rosenborg. Potwierdzili po raz kolejny, że lepiej grają na obcych stadionach, bo w pierwszym meczu u siebie zanotowali nienajlepszy wynik 1-1, ale odbili się w rewanżu, zwyciężając w Trondheim 3-1. Prawdziwa jazda zaczęła się jednak w czwartej rundzie, kiedy trafił się przeciwnik z najwyższej półki – Inter. Pierwszy mecz odbył się w Vitorii. Wydawało się, że wynik 3-3 to już maksimum ich możliwości i w Mediolanie dostaną srogie lanie. Nic bardziej błędnego – na San Siro wygrali 2-0.

Złośliwy lub łaskawy los zetknął ze sobą w ćwierćfinale dwie rewelacje tych rozgrywek: Alavés oraz inny hiszpański wynalazek, Rayo Vallecano (jest parę ciekawych, a niezbyt znanych klubów, postaram się niedługo popełnić jakiś tekst na ich temat). Wynik rywalizacji rozstrzygnął się już w pierwszym meczu, kibicie Alavés doczekali się w końcu zwycięstwa na swoim stadionie i to 3-0. W rewanżu porażka 2-1, ale pewny awans do półfinału. Tam trzeba przyznać mieli szczęście w losowaniu, bo faworyci, Barcelona i Liverpool trafili na siebie, im trafiło się Kaiserslautern (wtedy jeszcze licząca się drużyna). Na tym poziomie rozgrywek takie numery się nie zdarzają. A jednak – Alavés w dwumeczu pokonało Niemców 9-2!!! U siebie 5-1, na wyjeździe 4-1!

I w końcu finał, który okazał się absolutnie niezwykłym widowiskiem. Do dziś nie mogę odżałować, że po tym, jak Liverpool szybko wbił im dwie bramki, stwierdziłem, że jest po zabawie i przestałem oglądać. Jak bardzo się myliłem możecie zobaczyć sami:

Po takim meczu obie drużyny powinny dostać ten puchar. Nawet nie chcę myśleć, jak musiał się czuć obrońca Delfi Gelí, autor tego samobója 5 minut przed końcem dogrywki. Wtedy jeszcze obowiązywała zasada „złotego gola”, więc był to automatycznie koniec meczu. To chyba najsmutniejszy złoty gol w historii. Ciekawe, czy zwróciliście uwagę na filmiku, kto grał w Alavés z numerem drugim? Wygląda na to, że obecność tego gracza jest gwarantem niezapomnianych emocji ;-) Tak jak całkiem po ludzku było mi szkoda Getafe, tak samo mi szkoda, że to jednak nie Alavés wygrało. Finał Pucharu UEFA to największy sukces w dziejach klubu. Dziś broni się przed spadkiem do trzeciej ligi.


Mecz sezonu, ale bez happy endu. Getafe remisuje z Bayernem 3-3

piątek, 11 kwiecień 2008

Wśród wielu dowcipów o Chucku Norrisie był też taki, jak to słynny twardziel pokonał Michaela Jordana w grze 1 na 1. Grając w butach narciarskich i z kebabem w ręku. I mniej więcej z taką skalą trudności mieli wczoraj do czynienia gracze Getafe, którzy jednak Chuckiem Norrisem nie są. Nawet grając w pełnym składzie ich zadanie wydawało się mission impossible, więc kiedy sędzia pokazał czerwoną kartkę ich zawodnikowi już w 6. minucie, przyznaję uczciwie, pomyślałem że po meczu.

I moje szczęście, że zostałem przed odbiornikiem, kto nie widział – niech żałuje, bo ominął go najbardziej emocjonujący spektakl w tym sezonie. Żadna tam obrona Częstochowy, zamiast bardziej bezpiecznego wariantu, czyli zdjęcia napastnika i wprowadzenia obrońcy (bo kartkę dostał obrońca) żeby bronić dającego im awans 0-0, trener gospodarzy Michael Laudrup postanowił po prostu zignorować fakt, że grają w osłabieniu. I choć trudno w to uwierzyć, tak to wyglądało. Gdyby ktoś włączył mecz po incydencie z wykluczeniem piłkarza gospodarzy, nie zorientowałby się, że grają oni w dziesięciu. A naprzeciw nich Bayern, który w tym składzie mógłby grać o półfinał, ale Ligi Mistrzów.

Żeby sprawa była jeszcze bardziej beznadziejna, po 20 minutach kontuzji doznał szybki Ikechukwu Uche (przyszedł przed sezonem z Recreativo). I na przekór wszystkiemu Getafe strzela gola (znowu „rumuński internacjonał” Contra), nie pozwalając na to samo groźnemu rywalowi. Co więcej, sami stwarzają okazje do podwyższenia rezultatu.

Cóż to byłaby za wspaniała historia, gdyby im się udało dotrwać do końca. Nie udało się, ale dopiero w tym momencie nastąpiła najbardziej niesamowita część wieczoru. Getafe po golu straconym w przedostatniej minucie wydawało się przegrane, piłkarzy łapały skurcze ze zmęczenia, dogrywka miała być już tylko egzekucją. Nie wiem co im trener Laudrup powiedział, jakich czarów użył, ale to jego drużyna w pierwszych trzech minutach dogrywki trafiła dwa razy. Bayern wydawał się znokautowany i nacierał jakoś tak bez przekonania.

Było już tak pięknie, aż tu nagle… katastrofa. Największa gwiazda Getafe, jeśli można tak powiedzieć, bramkarz Roberto Abbondanzierri, zwycięzca nagrody dla najlepszego bramkarza Primera Division (Trofeo Zamora) w sezonie 2006/07, reprezentant Argentyny, (bronił na mundialu w Niemczech), taki pewniak pięć minut przed końcem podarował gola Toniemu z Bayernu. A Bayern uwierzył. Kiedy w ostatniej minucie dogrywki padła bramka (znowu po błędzie bramkarza) poczułem jakby to mnie osobiście ktoś kopnął w brzuch. Getafe i tak osiągnęło w Europie więcej niż ktokolwiek się spodziewał. Gloria victis!


Uczta drugim w półfinale

czwartek, 10 kwiecień 2008

No i stało się, co miało się stać – Barcelona zagra z Manchesterem o finał Ligi Mistrzów. Sensacji nie było, ManU bez wysiłku dokonał formalności (choć mogło być jeszcze ciekawie, gdyby de Rossi trafił tego karnego), a Barca rażąc nieporadnością i tak wygrała z Schalke. Za dwa tygodnie pierwszy mecz półfinałowy. Czy do tego czasu Frank Rijkaard jest w stanie coś zmienić? Czy perfekcyjnie naoliwiona maszyna Aleksa Fergusona nadal będzie funkcjonować bez zarzutu, mimo intensywnej eksploatacji? Już nie mogę się doczekać tej konfrontacji.

„Na dzień dzisiejszy” z obozu Katalończyków płyną wieści nie napawające optymizmem fanów FCB. Podobno klub ukrywa faktyczne powody nieobecności Ronaldinho i Deco na boisku, wersja oficjalna głosi że to przez kontuzje, nieoficjalna – że chodzi o względy dyscyplinarne (podziękowania dla vixo za zwrócenie na to uwagi). Najwyraźniej panuje tam niezły chaos informacyjny i chyba w ogóle słowo chaos byłoby najlepsze do opisu sytuacji. Ciekawe, czy zawodnicy którzy wybiegną przeciwko MU będą w stanie się od tego zdystansować i pokazać, że plotki o końcu tego zespołu są jednak przesadzone. W lidze też nie bardzo mogą odpuścić, bo chociaż Real jest już prawie na pewno poza zasięgiem, to walka o drugie miejsce będzie do końca. A stawka jest niebagatelna bo konieczność grania w eliminacjach do LM może podkopać plan wakacyjnych przygotowań i tourne po Azji czy innych futbolowo egzotycznych rejonach (ale intratnych marketingowo).

Sytuacja w Manchesterze jest zdecydowanie bardziej komfortowa, co nie znaczy, że sielankowa. Sielankę popsuł symbol średniactwa w lidze angielskiej, który nawet w nazwie ma „średniość”, czyli Middlesborough, remisując z faworytem 2-2. Oznacza to, że przewaga nad Chelsea zmalała do trzech punktów, a w perspektywie jeszcze mecze z Arsenalem (już w ten weekend) i właśnie z Chelsea. Szczególnie niefartownie dla MU wypada ten drugi pojedynek, bo akurat między jednym półfinałem LM a drugim. Z drugiej strony rywale przecież w tym samym czasie grają swój półfinał, więc nie będą bardziej wypoczęci. Sprawa wydaje się prosta – jeśli podopieczni Fergusona wytrzymają kondycyjnie walkę na dwóch frontach, powinni zagrać w finale. Uraz Vidicia nie jest taki groźny i powinien on niedługo wrócić, Ferdinandowi też jednak nic się nie stało, reszta drużyny jakoś się trzyma i mogą dokonać czegoś naprawdę wielkiego. Ostatnią drużyną, która potrafiła zdobyć tytuł mistrza swojego kraju i wygrać Ligę Mistrzów była… Barcelona.


Dzień świstaka czyli znów czerwono-niebiesko w półfinale

Środa, 9 kwiecień 2008

Trzeci raz w ostatnich czterech latach półfinał będzie wyglądać tak samo. Byłaby to fajna historia gdyby nie okoliczności awansu Liverpoolu. Byłoby coś romantycznego w tym, że drużyna stosunkowo słaba wśród najlepszych znowu ogrywa teoretycznie mocniejszych i zadziwia świat. Byłoby ale nie jest, bo drużyna Beniteza znalazła się tam nie dlatego, że była lepsza, tylko dlatego, że w obu meczach pomogli jej sędziowie. Naprawdę wielka szkoda, bo wczorajszy mecz był kapitalny, aż do feralnego karnego pięć minut przed końcem. Już wydawało się że Torres robi różnicę, potem Walcott, ale prawdziwą różnicę zrobił sędzia.

Przykre to o tyle, że już przy okazji półfinałów nikt nie będzie o tym pamiętał. Tak samo jak pamięta się niesamowity finał w Stambule, a nie półfinałową batalię z Chelsea, którą Liverpool przebrnął dzięki golowi, którego nie było. Lubię na boisku sytuacje ewidentne kiedy wiadomo, że gol to gol. Jeśli już karny w końcówce meczu, który wiadomo, że zdecyduje o całej rywalizacji, to tylko wtedy, kiedy jest 100% pewności, że był faul. Pomarzyć zawsze można. Do dziś pamiętam mecz z mistrzostw Europy w 2000 roku, kiedy jeszcze w fazie grupowej zmierzyły się Holandia i Czechy. Było 0-0 i w 90. minucie sędzia Collina wymyślił karnego dla Holendrów (gospodarzy turnieju). I co? I uznano go za najlepszego arbitra świata.

Mam nadzieję, że tym razem niebiesko-czerwony półfinał rozstrzygnie się uczciwie. Wydaje się, że skład drugiego półfinału też już znamy. Podzielam tą opinię, mimo że Manchesterowi posypała się obrona, a Barca zdaje się popadać w coraz większą niemoc. Tylko że Roma gra bez Tottiego, a Schalke jest po prostu za słabe na zwycięstwo na Camp Nou.